Nad najbardziej rozwiniętymi gospodarkami świata zbierają się od jakiegoś czasu czarne chmury. Negatywne tendencje najpierw wystąpiły w Stanach Zjednoczonych, ale choroba zaczęła ogarniać również niektóre gospodarki strefy euro. Problemy są przede wszystkim tam, gdzie podobnie jak w Stanach Zjednoczonych doszło do załamania na rynku nieruchomości, a następnie kryzysu na rynku kredytowym. Jednym z krajów mocno dotkniętych dekoniunkturą na rynku nieruchomości jest Irlandia. Celtycki tygrys przez wiele lat, również w czasie ostatniej kampanii wyborczej, uchodził w Polsce za wzór do naśladowania. Słusznie, ponieważ jest to przykład kraju, w którym udało się przeprowadzić bardzo trudne reformy (np. konsolidację fiskalną poprzez ograniczenia płac w sferze budżetowej, co w Polsce wydaje się zupełnie nierealne), przyciągnąć olbrzymie inwestycje zagraniczne, wykorzystać pieniądze z UE i osiągnąć jeden z najwyższych w Europie poziomów dochodu narodowego na głowę mieszkańca. Mimo wielkich osiągnięć w poprzednich kilkunastu latach najbliższa przyszłość irlandzkiej gospodarki nie wygląda najlepiej.
Jeszcze w I połowie br. irlandzka gospodarka radziła sobie świetnie, notując wzrost PKB o blisko 7 proc., wzrost zatrudnienia o ok. 4 proc. i stopę bezrobocia 4,5 proc. Okres bardzo silnej ekspansji gospodarczej, który trwał od 2004 roku, dobiega jednak końca. Wiele czynników, które dotychczas napędzało wzrost, wygasło. W szczególności dotyczy to rynku nieruchomości. Już od roku wyraźnie spadała liczba nowych projektów budowlanych, a od lata tego roku nastąpił wyraźny spadek zakończonych budów. Skala spadku aktywności w sektorze budowlanym będzie miała poważny wpływ na kondycję całej irlandzkiej gospodarki, ponieważ sektor ten ma duży udział w PKB ogółem. Udział wydatków na mieszkania wynosi w Irlandii nieco ponad 10 proc., więc spodziewany spadek aktywności w sektorze budowlanym o 30-40 proc. będzie miał bezpośredni efekt w postaci zmniejszenia dynamiki PKB o 3-4 pkt proc.
Ponadto należy spodziewać się pośrednich efektów, np. osłabienia popytu konsumpcyjnego w wyniku negatywnego działania efektu majątkowego. Do tego trzeba wziąć pod uwagę osłabienie wzrostu gospodarczego w strefie euro i USA oraz silne umocnienie euro w ostatnich miesiącach, co uderza w sektor eksportowy. W sumie gospodarka irlandzka będzie miała w przyszłym roku stromo pod górę. Wzrost PKB może w najlepszym razie przekroczyć nieznacznie 3 proc. wobec blisko 5 proc. w tym roku.
Na szczęście Irlandia nie jest ważnym odbiorcą dóbr produkowanych w Polsce. Pogorszenie koniunktury gospodarczej na Zielonej Wyspie nie wpłynie więc w istotny sposób na osłabienie popytu na polski eksport. Zmaleje natomiast w istotny sposób popyt na polskich pracowników, których jest w Irlandii bardzo wielu. Przewiduje się, że zatrudnienie w Irlandii w samym sektorze budowlanym, istotnym dla polskim emigrantów, spadnie w przyszłym roku o ok. 30 tys. osób. Oczekiwany wraz z pogorszeniem koniunktury wzrost bezrobocia będzie hamował napływ pracowników z Polski, a nawet może skłonić wielu naszych rodaków do powrotu do kraju, gdzie popyt na pracę rośnie w rekordowo silnym tempie, a dynamika płac zaczęła sięgać dwucyfrowego poziomu.
W tym kontekście problemy Zielonej Wyspy mogą wyjść polskiej gospodarce na zdrowie. Powrót z Irlandii pewnej liczby wydajnych, znających język angielski pracowników mógłby chociaż częściowo złagodzić napięcia na polskim rynku pracy. Ten pozytywny efekt może jednak nie wystąpić, jeśli okaże się, że w przypadku popytu na pracowników z Polski w obliczu spowolnienia irlandzkiej gospodarki wystąpi podobny efekt substytucyjny, jaki miał miejsce w przypadku Niemiec, gdy największa gospodarka strefy euro przeżywała poważne problemy na początku obecnej dekady. W warunkach gorszej koniunktury tańsi pracownicy z Polski mogą być po prostu chętniej wybierani niż rdzenna siła robocza.