Osczadbank, największy ukraiński pożyczkodawca kontrolowany przez państwo, może trafić na giełdę. Takie są przynajmniej plany Anatolija Guleja, prezesa kredytodawcy.

Jednak rząd w Kijowie na razie nie wyraził zgody na prywatyzację. Ponadto, aby ruszyć z przygotowaniami do oferty publicznej, trzeba wykreślić spółkę z listy firm, które nie są przeznaczone na sprzedaż. Do tego zaś potrzebna jest zgoda ponad połowy parlamentarzystów.

Niewykluczone, że wejście Osczadbanku na giełdę pozwoliłoby uregulować problem depozytów, które stracili Ukraińcy podczas rozpadu Związku Radzieckiego. Swoje oszczędności - ich wartość szacuje się na równowartość 26 mld USD - mieszkańcy radzieckiej Ukrainy trzymali w Sbierbanku, który funkcjonował na całym terytorium ZSRR. Choć pod tą samą nazwą działa bank w Rosji, to struktury radzieckiego Sbierbanku na Ukrainie przejął Osczadbank.

Teraz władze w Kijowie spierają się, czy stracone oszczędności traktować jako dług państwowy, czy też należy domagać się ich zwrotu od Rosjan. Część ekspertów twierdzi, że jeśli Osczadbank przeprowadzi emisję, osoby, które straciły wcześniej pieniądze, mogłyby dostać w zamian akcje kredytodawcy lub gotówkę.

Przeciwny takiemu rozwiązaniu może być resort finansów, który nie uznaje lokaty w dawnym Sbierbanku za część długu państwa.