Inwestorzy na całym świecie zdają się pokładać wielkie nadzieje w planach ratowania rynku nieruchomości w USA przez administrację prezydenta Busha. Brak skutecznej interwencji mógłby oznaczać, że skokowy wzrost rat z tytułu spłaty kredytów hipotecznych byłby przez wielu kredytobiorców nie do udźwignięcia. Postawiłoby to banki przed koniecznością wystawienia na sprzedaż nawet dwóch milionów przejętych domów. Spadek cen nieruchomości, który zostałby wywołany poprzez tak silną wyprzedaż, miałby katastrofalne skutki dla popytu konsumpcyjnego amerykańskiego społeczeństwa, bardzo często traktującego wartość zajmowanej przez siebie nieruchomości jako rezerwuar gotówki. Instrumentem, który to umożliwia, jest łatwo dostępny kredyt hipoteczny, z którego Amerykanie bardzo chętnie korzystają, by konsolidować zadłużenie lub pokrywać zwiększone zapotrzebowanie na gotówkę. W takich przypadkach cena nieruchomości stanowi o zdolności kredytowej. Spadek wycen domów mógłby drastycznie ograniczyć możliwości refinansowania kredytów również przez tych Amerykanów, którym problem wyższych odsetek nie zagraża bezpośrednio. Efekt byłby porównywalny z zacieśnieniem polityki monetarnej.
Problemy ze spłatą dotyczą głównie kredytobiorców, którzy zdecydowali się na produkty oparte na zmiennej stopie procentowej, tzw. Adjustable Rate Mortgage (ARM), w szczególności zaś tych, którzy skorzystali z promocyjnych warunków uzyskania pożyczki, polegających na dużej obniżce oprocentowania w początkowym okresie spłaty. Od 2008 r. wiele z tych pożyczek traci karencję promocyjnych odsetek, "resetując się" do oprocentowania referencyjnego nawet kilka razy wyższego niż to, które obowiązywało w momencie ich zaciągnięcia. Część z nich jest opartych na stopie LIBOR, która w 2003 r. wynosiła około 1,25 proc., obecnie zaś sięga około 5,5 proc. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że kredyty ARM umożliwiały uzyskanie zdolności kredytowej osobom, które ze względu na zbyt niskie dochody nie mogły nawet marzyć o kredycie opartym na stałej stopie procentowej.
Większość problematycznego zadłużenia pochodzi z okresu, gdy oprocentowanie było rekordowo niskie. Przez większą część ostatnich dwudziestu lat stopy procentowe w USA oscylowały między 4 a 7 proc. Po pęknięciu bańki internetowej Alan Greenspan, ówczesny szef Rezerwy Federalnej, obniżył stopę referencyjną z poziomu ponad 5 do 1 procentu. Trudno się dziwić eksplozji popytu na prawie darmowy kredyt. Nagle wysoką zdolność kredytową osiągnęły osoby o niewielkich lub niestabilnych dochodach.
Zazwyczaj duże obniżki stóp procentowych skutkują wzrostem inflacji. Pięć lat temu zbiegły się jednak z wejściem Chin do Światowej Organizacji Handlu. (WTO). Zalew tanimi towarami, wynikający w dużej mierze z przenoszenia produkcji z państw o wyższych kosztach siły roboczej, stanowił czynnik deflacyjny - równoważący skutki zwiększonej płynności. Import z Chin był jednym z czynników zmniejszania presji inflacyjnej na całym świecie.
Na przełomie 2007 i 2008 r. tło ekonomiczne do cięcia stóp w USA i ewentualnego subsydiowania ogromnej rzeszy kredytobiorców jest odmienne niż pięć lat temu. Trudno liczyć na dalszy spadek cen popularnych towarów konsumpcyjnych - odzieży, zabawek czy AGD - jaki miał miejsce od 2001 roku. Rząd w Pekinie stoi przed własnymi problemami: inflacją oraz naciskami międzynarodowymi na rewaluację juana. Efekt deflacyjny dalszego integrowania chińskiej siły roboczej z globalną gospodarką został już w znacznej mierze wyczerpany i jest mało prawdopodobne, by dalej równoważył presję inflacyjną. Luzowanie polityki monetarnej może nie odbywać się równie bezkarnie jak za czasów Greenspana. Jeśli na skutek obniżki stóp procentowych rośnie presja inflacyjna, to prędzej czy później przekłada się to na oprocentowanie kredytów hipotecznych. Istnieje ryzyko, że refinansowanie zagrożonych kredytów może jedynie odłożyć w czasie wyrok wydany na amatorów zbyt łatwego pieniądza. Trudno przecież oczekiwać szybkiego powrotu stóp procentowych do poziomów z 2002 r. Z kolei zamrożenie oprocentowania dla wybranych kredytobiorców może szybko doprowadzić do sytuacji, w której koszt pozyskanego przez banki kapitału będzie wyższy niż pobierane odsetki. Ktoś musiałby pokryć różnicę.Jeśli zrobi to rząd USA - powiększy i tak już rekordowy poziom deficytu budżetowego, co grozi pogłębieniem spadku zaufania do dolara i znów wyższą inflacją. Na domiar złego, w wyniku zamrożenia stóp mogą zostać ograniczone możliwości sekurytyzacyjne (zamiana pakietów hipotek na instrumenty finansowe) długów hipotecznych, a tym samym podniesiony koszt kredytu.