Świętego Mikołaja, jakiego znamy, tj. podstarzałego krasnala z wyraźnymi objawami astmy, powożącego zaprzęgiem reniferów i wrzeszczącego "ho-ho", stworzyła firma Coca-Cola. Ale od tamtych czasów upłynęło sporo lat. Mikołaj od dawna przestał zajmować się wyłącznie sprzedawaniem odrdzewiaczy w smukłych butelkach z kapslem. Teraz wykorzystuje w niecnych celach nieletnie dziewczynki.
Już pierwszy w tym roku kontakt ze św. Mikołajem odbiegał od wszystkiego, co pamiętałem z dzieciństwa. Towarzysząca świętemu w centrum handlowym Mikołajka (w czerwonej czapce z pomponem i pelerynce, ale bez brody) była mocno wyrośnięta. A rozmiar jej czerwonej minispódniczki wskazywał wyraźnie na pochodzenie z czasu, kiedy na jednym kolanie świętego mieściły się ze trzy takie małe dziewczynki jak ona. Dodatkowo, choć na dworze mróz, miała dekolt, narażający ją niechybnie na zapalenie płuc.
Mikołajka chciała koniecznie, żebym kupił flakon absolutnie zmysłowych i stuprocentowo zniewalających męskich perfum, po których użyciu, jak twierdziła, zaznam rozkoszy zarezerwowanej dotąd tylko dla świętych. To znaczy, sprecyzowała, tuląc się niedwuznacznie do tłustego krasnala z przylepioną sztuczną brodą, poznam adresy wszystkich niegrzecznych dziewczynek w mieście.
Ale to był dopiero początek. W witrynie sklepu z ubraniami wisiał plakat z Mikołajką w kozaczkach na niebotycznych szpilkach i gorsecie tak ściśniętym, że wszystkim mężczyznom musiało robić się duszno, która zachęcała - jak zrozumiałem, tym razem nie mnie - "Zrób mu... % na Mikołaja". Pamiętając z dzieciństwa Mikołaja jako sapiącego grubasa, który ledwie mieścił się w kominie, poczułem się nieswojo.
Przeszedłem wstydliwie na drugą stronę ulicy, gdzie dopadł mnie kolejny Mikołaj samiczka, odziany co prawda nieco bardziej szczelnie (temperatura była minusowa)... i wręczył mi ulotkę zachęcającą do wzięcia "mikołajowego kredytu". "Tanio... jak barszcz". A po chwili z następnego plakatu zaatakowała mnie Mikołajka w czarnych pończochach z czerwonymi podwiązkami i sukieneczce, na którą materiału poszło mniej więcej tyle, ile trzeba na przeciętny krawat. Pomocniczka świętego zachęcała mnie do udziału w zabawie, po której dreszczy nie zapomnę do końca życia.