Pamiętają Państwo jedną ze scen słynnego serialu "Alternatywy 4", w której towarzysz Winnicki czy też dozorca Anioł (dokładnie nie pamiętam) ogląda telewizję, a elektrownie włączyły właśnie 13. stopień zasilania? Nie? No cóż - jeśli zima okaże się jednak sroga, tź sytuacjź przypomnimy sobie wszyscy.

Oficjalnie mamy jeszcze około 20 proc. nadwyżki mocy nad zapotrzebowaniem na energię. Ale nikt nie wie do końca, jaka część z oficjalnych danych to solidne dane, a poza tym - ile ewentualnie dodatkowej mocy bylibyśmy w stanie przesłać przez nasze niedoinwestowane sieci. I to jest pierwsza zabawna rzecz w tej historii.

Niedoinwestowanie energetyki to skutek stabilizacji cen - Urząd Regulacji Energetyki bardzo długo pilnował, aby z tej strony nie wybuchła inflacja - oraz rezultat sprytnego pomysłu na dotowanie kopalni. Bo budżet nie był w stanie wytrzymać dopłacania do górnictwa, więc ktoś wymyślił, aby po prostu elektrownie płaciły więcej za węgiel. Kopalnie były w stanie podnosić ceny swojego produktu, a elektrownie nie. Wkrótce okaże się, że te 20-procentowe podwyżki, jakich żądają związkowcy z Kompanii Węglowej, wynikają między innymi stąd, że trzeba więcej zapłacić za prąd. I to jest druga zabawna rzecz w tej historii.

Przy takim zapotrzebowaniu na prąd muszą pojawić się chętni do budowy nowych bloków. No i są. Chodzi m.in. o Vattenfalla, który chciałby dać zarobić również kopalniom. Ale z inwestycją jest jeden kłopot - trzeba mniej więcej rok czekać, aż nowa elektrownia dostanie zgodę na przyłączenie do sieci. I to jest trzecia śmieszna rzecz - że w tym czasie nasz kraj, tak głodny prądu, nieraz zaliczy 13. stopień zasilania.