Reklama

To tylko przedstawienie

Zamiast z wypiekami na twarzy czytać kolejne prognozy tego, co ma się wydarzyć w nadchodzącym roku, skupmy się na teraźniejszości. Czytanie horoskopów jest może i zabawne, ale wiele pożytku nikomu nie przyniosło

Publikacja: 27.12.2007 07:39

Choinka nadal pachnie (jeśli pokusiliśmy się o zakup świerku), w lodówce zalegają pozostałości po kolacji wigilijnej i już wygasły pierwsze emocje związane z prezentami. Wracamy powoli do codzienności z lekkim uciskiem w okolicy żołądka, zastanawiając się, czy tego makowca nie zjedliśmy jednak zbyt wiele. Trzeba nam będzie zdobyć się na jeszcze dwa dni wysiłku, by ponownie poddać się nastrojom. Tym razem sylwestrowo-noworocznym. Dwa dni trzeźwego umysłu i diety naprawiającej skutki corocznego świątecznego obżarstwa.

Sezon na prognozy

Niestety, coroczna rutyna: menu na stole, a także "Szklana pułapka" w telewizji nie pozwalają nam w pełni zapomnieć tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie ani oderwać od powracających obaw o to, co może się jeszcze wydarzyć. W prasie już od jakiegoś czasu karmieni jesteśmy prognozami dotyczącymi najbliższej i nieco dalszej przyszłości. Zestawienia proroctw na 2008 rok mają nam dać poczucie bezpieczeństwa. Skoro ktoś coś prognozuje, to znaczy, że są tacy, którzy wiedzą, a skoro oni wiedzą, to i ja będę, bo ich wiedza właśnie ukazała się w postaci artykułu w gazecie.

Te przepowiednie z przełomu roku przypominają niepisaną umowę, że grudzień i początek stycznia to sezon na wróżki. Mamy zapomnieć o tym, że nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzy, a próba prognozowania ma jedynie działanie uspokajające. Widać to zresztą po samych prognozach. Większość z nich nie różni się za bardzo od prostego dodania do aktualnych wartości wielkości prognozowanych czynnika inflacji, czy też dynamiki PKB. Rzadko się zdarza, by prognozy były odważniejsze i sugerowały pojawienie się większego ruchu, a przecież wielkości rynkowe mogą zmieniać się bardzo dynamicznie. Jeśli już pojawi się jakaś prognoza, która wskazywałaby na większy ruch, zaraz jest wyłapywana przez media. Z całej tej ostrożnej papki, z której nic nie wynika, wyróżnia się news. Ostatnio głośno było o prognozie Saxo Banku dotyczącej możliwych zmian w 2008 roku. Każdy już wie, że Saxo straszy ropą po 175 dolarów za baryłkę, spadkiem cen akcji w Chinach o 40 proc., czy indeksu S&P500 o ponad 20 proc. Co ciekawe, wydaje się, że przedstawiciele Saxo sami podchodzą do tych rewelacji z dystansem i nie traktują ich poważnie, stwierdzając, że są one "niepewne" (są inne?) i mają raczej skłonić do przemyśleń. Dodajmy też, że dzięki tym wiadomościom Saxo Bank przez jakiś czas był na czołówkach serwisów, co miało również swój efekt marketingowy.

Po co nam przewidywania?

Reklama
Reklama

Czy prognozy są w ogóle potrzebne? Mogą się przydać, ale jeśli przyjmiemy, że zawierają pewien spis szans i zagrożeń, ale bez pewności, czy ta, czy inna szansa, czy też to, czy inne zagrożenie faktycznie się pojawi. Dobrym przykładem może tu być amerykański rynek nieruchomości. Czy załamanie na rynku kredytów hipotecznych było zaskakujące? Tylko jeśli chodzi o datę. Niewielu miało wątpliwości, że prędzej czy później taka sytuacja może się wydarzyć. Szybki wzrost cen amerykańskich domów i pompowana dzięki niemu konsumpcja to był domek z kart, który musiał w pewnym momencie runąć. Straszono tym nie tylko na początku tego roku, ale i poprzedniego. To było poważne zagrożenie, ale nikt nie wiedział, kiedy ono faktycznie się ujawni.

Teraz analitycy się ścierają o to, jak głębokie będzie to załamanie i jakie będzie miało skutki dla amerykańskiej gospodarki. Czy wejdzie ona w recesję? Rzucane są procenty szans. Niekiedy jest to 30 procent albo 40, a innym razem 50 procent. Wszyscy poruszają się, jak dzieci we mgle, a część stara się robić dobrą minę. Faktycznie jednak większość ma nadzieję, że sytuacja jakoś się sama unormuje. Teraz liczy się głównie na polepszające się wyniki spółek. Podobno IV kwartał 2007 roku ma być już znacznie lepszy od fatalnego, zdaniem komentatorów, poprzedniego. Tak, fatalnego, choć, jak pamiętamy, globalnie zyski amerykańskich spółek wzrosły. Analitycy wierzą w moc procesów restrukturyzacji i programów naprawczych, które mają pomóc spółkom w Problem w tym, że teraz nie chodzi tu tylko o kłopoty ze zbytem, ale również ze znacznie droższym finansowaniem działalności. Wyższych kosztów finansowych nie da się szybko zredukować, a i standardowe programy restrukturyzacji trochę trwają, a więc oczekiwanie, że w ciągu najbliższych kwartałów wyniki spółek powrócą na ścieżkę dwucyfrowego wzrostu, może okazać się jedynie pobożnym życzeniem.

Niepewne Chiny

Podobnie jak wcześniej możliwość załamania na rynku nieruchomości była poważnym zagrożeniem, które odkładano na później i które cały czas było jedynie zagrożeniem, tak i teraz podobną funkcję spełnia możliwość załamania na chińskim rynku akcji. Większość ma świadomość, że mamy tu do czynienia z bańką spekulacyjną. Tempo wzrostu cen akcji jest tam zabójcze i przypomina pierwsze lata naszego rynku. Chiński bank centralny, jakby pod choinkę, zafundował kolejną podwyżkę stóp procentowych, która przez rynek została właściwie zignorowana. Ten brak wyczucia rynku na złe wiadomości to z jednej strony oznaka przewagi popytu, ale z drugiej zapowiedź, że nadchodzi moment skumulowanej reakcji na te dotychczas ignorowane wieści. Pytaniem otwartym jest tylko, kiedy to nastąpi. Tu pojawiają się różne opinie budowane na wielu przesłankach. Wnioski z tego są jednak takie, że nikt tego nie wie. Zapewne, jak już zacznie się ten spadek, to pojawi się ktoś, kto "miał rację". Pytanie tylko, jakie to ma znaczenie dla nas w tej chwili?

Zamiast z wypiekami na twarzy czytać kolejne prognozy tego, co ma się wydarzyć w nadchodzącym roku, skupmy się na teraźniejszości. Czytanie horoskopów jest może i zabawne, ale wiele pożytku nikomu nie przyniosło. Więcej zyskamy, gdy skupimy się na sobie. Zamiast telewizji i "Samych swoich" może lepiej wybrać się na spacer i dotlenić? Jestem pewien, że to nam bardziej pomoże niż lektura, o ile to wzrośnie cena ropy lub spadnie cena akcji. Świat nie jest aż tak uporządkowany, by sobie pozwolić na komfort myśli, że przyszłość jest znana choćby tylko w zarysach.

Jakie ma dla nas znaczenie, że jakiś pan w telewizji na tle logo firmy, którą reprezentuje, mówi o tym, że ryzyko recesji w Stanach Zjednoczonych wynosi 50 proc.? Czyli mamy sobie rzucić monetą, by się przekonać? To tylko pokazuje, że nie pan jest tu ważny i nie jest ważne, co ten pan mówi. Ważne jest tło i dobrze oświetlone logo. "To tylko przedstawienie" - mówi Robert De Niro we "Wściekłym byku". Ma przykuć uwagę, wywołać emocje i sprawić, że zapamiętamy. Jeśli nie pana, to chociaż logo.

Reklama
Reklama

Trochę techniki

Jaki był rok, który się powoli kończy? Płaski. Dobrze widać to na wykresie tygodniowym (wykres 1).

Nie chodzi tylko o to, że wartość indeksu z początku roku jest zbliżona do wartości z jego końca, ale też o to, że ekstrema roczne nie odbiegają znacząco od tych poziomów. Przed świętami byliśmy

blisko wyjścia pod poziom linii trendu wzrostowego. Wprawdzie nie zmieniłoby to oceny 2007 roku, ale

wpłynęłoby na ocenę szans w 2008 roku. Na razie do

przebicia tej linii nie doszło (wykres 2), a więc strona popytowa nadal utrzymuje niewielką przewagę. Ta przewaga wynika także z faktu, że po wieloletniej hossie mamy właśnie konsolidację, a nie dynamiczny spadek cen. Normalnie należałoby czekać na wybicie, ale skala tej konsolidacji jest na tyle duża, że spokojnie możemy się pokusić o grę w jej zakresie. Ze świadomością, że rynek może się poruszać relatywnie

Reklama
Reklama

dynamicznie. Najbliższe

dwie ostatnie sesje tego roku niewiele zmienią w tym obrazie rynku. Na przełamanie wsparcia raczej nie ma co liczyć. Aktywność

prawdopodobnie będzie

niewielka, a więc i wiarygodność ewentualnego

sygnału równie mała.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama