Choinka nadal pachnie (jeśli pokusiliśmy się o zakup świerku), w lodówce zalegają pozostałości po kolacji wigilijnej i już wygasły pierwsze emocje związane z prezentami. Wracamy powoli do codzienności z lekkim uciskiem w okolicy żołądka, zastanawiając się, czy tego makowca nie zjedliśmy jednak zbyt wiele. Trzeba nam będzie zdobyć się na jeszcze dwa dni wysiłku, by ponownie poddać się nastrojom. Tym razem sylwestrowo-noworocznym. Dwa dni trzeźwego umysłu i diety naprawiającej skutki corocznego świątecznego obżarstwa.
Sezon na prognozy
Niestety, coroczna rutyna: menu na stole, a także "Szklana pułapka" w telewizji nie pozwalają nam w pełni zapomnieć tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie ani oderwać od powracających obaw o to, co może się jeszcze wydarzyć. W prasie już od jakiegoś czasu karmieni jesteśmy prognozami dotyczącymi najbliższej i nieco dalszej przyszłości. Zestawienia proroctw na 2008 rok mają nam dać poczucie bezpieczeństwa. Skoro ktoś coś prognozuje, to znaczy, że są tacy, którzy wiedzą, a skoro oni wiedzą, to i ja będę, bo ich wiedza właśnie ukazała się w postaci artykułu w gazecie.
Te przepowiednie z przełomu roku przypominają niepisaną umowę, że grudzień i początek stycznia to sezon na wróżki. Mamy zapomnieć o tym, że nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzy, a próba prognozowania ma jedynie działanie uspokajające. Widać to zresztą po samych prognozach. Większość z nich nie różni się za bardzo od prostego dodania do aktualnych wartości wielkości prognozowanych czynnika inflacji, czy też dynamiki PKB. Rzadko się zdarza, by prognozy były odważniejsze i sugerowały pojawienie się większego ruchu, a przecież wielkości rynkowe mogą zmieniać się bardzo dynamicznie. Jeśli już pojawi się jakaś prognoza, która wskazywałaby na większy ruch, zaraz jest wyłapywana przez media. Z całej tej ostrożnej papki, z której nic nie wynika, wyróżnia się news. Ostatnio głośno było o prognozie Saxo Banku dotyczącej możliwych zmian w 2008 roku. Każdy już wie, że Saxo straszy ropą po 175 dolarów za baryłkę, spadkiem cen akcji w Chinach o 40 proc., czy indeksu S&P500 o ponad 20 proc. Co ciekawe, wydaje się, że przedstawiciele Saxo sami podchodzą do tych rewelacji z dystansem i nie traktują ich poważnie, stwierdzając, że są one "niepewne" (są inne?) i mają raczej skłonić do przemyśleń. Dodajmy też, że dzięki tym wiadomościom Saxo Bank przez jakiś czas był na czołówkach serwisów, co miało również swój efekt marketingowy.
Po co nam przewidywania?