W tej chwili możemy przyjąć dwa scenariusze wzrostu, które zakładają różny stopień rozwarstwienia zarobków. Pierwszy model, skandynawski, bardzo wyhamowuje rozwarstwienie zarobków. Drugi, tygrysów azjatyckich, ale też anglosaski, wręcz przeciwnie. Proszę sobie wyobrazić, że przy obraniu ścieżki skandynawskiej, po czterdziestu latach dochód uzyskiwany przez 20 proc. najuboższych zwiększyłby się o 169 proc. Przy wariancie anglosaskim albo irlandzkim - o 514 proc. Społeczeństwo musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy pozwalamy na rozwarstwienie dochodów, ale jednocześnie najbiedniejsi będą się szybciej bogacić, czy też różnice będą mniejsze, ale wszyscy będziemy zarabiać mniej. Moim zdaniem, nie ma się nad czym zastanawiać.
Irlandczycy zrozumieli, że wzrost gospodarczy napędzają trzy czynniki. Pierwszy z nich to wzrost zatrudnienia. W Irlandii bardzo wysoki był poziom bezrobocia, który wynosił 18 proc. i napędzał emigrację zarobkową. To jest zjawisko, z którym my się dzisiaj borykamy, chociaż bezrobocie jest już niższe. Drugi czynnik to inwestycje, a trzeci to poprawa produktywności pracy i kapitału. Chodzi o to, ile się uzyska z jednostki pracy i z jednostki kapitału. Jeśli zaakceptuje się tę prostą prawdę, to wtedy już wiadomo, co trzeba zrobić. Właściwie, to nie lubię określenia "cud irlandzki". To nie był żaden cud. W tym kraju przyjęto po prostu właściwe regulacje prawne. Wtedy dług publiczny Irlandii sięgał 150 proc. PKB. Reformy rozpoczęto od ograniczenia wydatków publicznych łącznie z wydatkami socjalnymi. Następnie obniżono podatki. To pociągnęło za sobą wzrost inwestycji krajowych i napływ zagranicznych. W efekcie zaczęło wzrastać zatrudnienie.
Wydaje się, że sytuacja na rynku pracy jest lepsza niż na przykład rok czy dwa lata temu.
Tak, ale podstawowym problemem gospodarczym i społecznym naszego kraju jest niski poziom aktywności zawodowej. W Polsce pracuje zaledwie 55 proc. osób w wieku produkcyjnym. W Irlandii jest to 68 proc., a w Estonii 65 proc. Jeśli chodzi o ludzi w wieku 55-64 lata, to pracuje w Polsce zaledwie 28 proc. tej grupy, wobec 32 proc. w Estonii czy 34 proc. na Łotwie.
A co z inwestycjami?
Poziom inwestycji w Polsce, mimo znacznego wzrostu w ostatnich latach, w 2006 r. sięgnął zaledwie 22 proc. PKB, wobec 32 proc. w Estonii czy 34 proc. na Łotwie. Musimy więcej oszczędzać i inwestować, tym bardziej że nie możemy liczyć na tak duży napływ inwestycji zagranicznych jak w Irlandii, która stała się amerykańską "bazą" na terenie Unii Europejskiej. Mamy też przestarzałą strukturę gospodarki, bardzo niski udział produkcji i usług zaawansowanych technologicznie, o wysokiej wartości dodanej. Musimy modernizować gospodarkę i przechodzić do bardziej rentownej produkcji. Tylko w ten sposób będzie można podnieść wynagrodzenia, a wtedy ludzie przestaną stąd wyjeżdżać. Taką ścieżką poszła właśnie Irlandia, która w ciągu ostatnich 15 lat rozwijała się w tempie 5,5 proc. rocznie. Polska osiągnęła poziom 4,5 proc., chociaż startowaliśmy ze znacznie niższego pułapu. W ten sposób nigdy nie dogonimy bogatszych krajów.