Chińska giełda od dłuższego czasu żyje gdzieś w wyobraźni inwestorów na świecie, ale na dobrą sprawę w 2007 roku zrobiło się o niej bardzo głośno tylko przy jednej jedynej okazji - gdy pod koniec lutego tamtejsze indeksy tąpnęły najmocniej od dziesięciu lat. Zatrzęsły się też wtedy giełdy akcji w innych częściach świata, ale raczej nie dlatego, że ktoś na serio przestraszył się bessy za Wielkim Murem. Inwestorom z USA i Europy chodziło raczej o dobrą wymówkę do realizacji zysków z poprzednich miesięcy. Podobne tąpnięcie w Chinach pod koniec maja odbiło się już mniejszym echem, bo inne giełdy prawie zupełnie je zignorowały.
Rekordy stały się już nudne
W lutym widmo bessy na giełdach w Szanghaju i Shenzhen oddaliło się w niespełna cztery tygodnie, a po tąpnięciu majowym w dwa tygodnie - dokładnie tyle potrzebował chiński indeks CSI 300 na odrobienie strat i ustanowienie nowych rekordów. Ale to już nie był temat dla mediów. W pewnym momencie zmagania chińskich byków i niedźwiedzi zaczęły bowiem przypominać grę w ping-ponga - niby grają, ale i tak wiadomo, że w następnym meczu znów wygra Chińczyk. Rekordy już wcześniej były na obu chińskich giełdach tak częste, że aż nudne.
Inwestorzy z Państwa Środka - właściwie tylko oni mogą handlować krajowymi akcjami, furtka dla zagranicy dopiero powoli zaczyna się uchylać - narzucili w ostatnich dwunastu miesiącach tempo, którego nie wytrzymali gracze z żadnego rynku na świecie. Zakładali po 300 tysięcy rachunków maklerskich dziennie. Wywindowali indeks CSI 300, obejmujący trzysta największych krajowych spółek, o ponad 160 proc. Z PetroChina uczynili najdroższą spółkę na świecie, wartą w pewnym momencie - dotąd rzecz niespotykana - ponad bilion dolarów. Industrial and Commercial Bank of China zdystansował pod względem kapitalizacji potentatów bankowości z USA i Europy, a China Life objęło tron w dziedzinie ubezpieczeń. W tej chwili na dziesięć największych pod względem wartości firm na świecie cztery pochodzą właśnie zza Wielkiego Muru.
Rząd chłodzi, gracze nie zważają