Mimo odreagowania w notowaniach ciągłych, rynek zachował się wczoraj zaskakująco słabo. W ogóle zwraca uwagę ciekawa geograficzna hierarchia: giełda warszawska jest wciąż słabsza niż giełdy europejskie, te zaś wyraźnie słabsze od amerykańskiej. Daje to do myślenia. Na przykład: w Rosji - przy tamtejszej sytuacji politycznej - silne wzrosty, u nas - przy niedawnych zachwytach nad siłą waluty i gospodarki - każdy widzi. Czyżby już wszystko zdyskontowano? Ani chybi: w Europie wszyscy liczą na silne Euro i związany z nim napływ inwestycji, prawdopodobne obniżki stóp z nowym rokiem - przeto indeksy odrobiły tam tylko połowę (przeciętnie) z wcześniejszego spadku. Za to w USA - przy ich ujemnej (po raz pierwszy od 60 lat!) stopie oszczędności i wrażliwości na ewentualne kłopoty w Ameryce Łacińskiej - hossa, urzędowe zapewnienia o zażegnaniu kryzysu i nowe rekordy. Nie sposób w tej sytuacji nie spytać, czemuż ten dobrostan nie chce jakoś przypłynąć zza oceanu do nas.Abstrahując od tak trywialnych powodów, jak chęć zarobienia (również na premie dla zarządzających) jeszcze przed końcem roku, można doszukiwać się innych przyczyn. Sądząc po niezwykłej dynamice wzrostów, przy stosunkowo niewielkich obrotach, trudno nie ulec wrażeniu, że wystąpiło tam typowe zjawisko "ścisku" (squeeze). Gdy giełda, po niewielkiej akumulacji po krachu, zaczęła rosnąć, zdezorientowani inwestorzy zaczęli odkupywać akcje, przyspieszając wzrosty i goniąc uciekający coraz szybciej rynek. Z zabawą w berka jest tylko jeden problem: złapany zaczyna często zaraz gonić goniącego. Od tego, czy i jak szybko to nastąpi, zależeć będzie, czy i my zdołamy coś jeszcze zarobić. Nie wykluczałbym tego na najbliższe sesje (tygodnie?), jednak w nieco dłuższym horyzoncie robi się już chyba gorąco.
.