W pobliżu gospodarki
W kończącym się tygodniu Stocznia Gdańska (dawniej Lenina, znana jako miejsce urodzenia Panny "S") po raz pewnie ostatni gościła na pierwszych stronach gazet. Nie na czołówkach jednak, ale w małych notkach, a i to nie we wszystkich ważnych tytułach. Stało się tak z okazji ostatecznego sfinalizowania umowy kupna upadłej kolebki przez Stocznię Gdynia i spółkę Evip. Tak skończyła się kilkunastoletnia epopeja, wielka narodowa dyskusja, w której głos zabierała większość liczących się polityków (oraz wielu nie liczących się), od Mieczysława Rakowskiego po Mariana Krzaklewskiego.
Doszło do tego, że nawet szef stoczniowej Solidarności Jerzy Borowczak stwierdził, iż obrońcy dalszego samodzielnego bytu firmy działają na szkodę jej i pracowników. Lista tych, którzy stoczni zaszkodzili, jest długa - od Lecha Wałęsy, do ojca Rydzyka. Upewniali oni stoczniowców, że komu jak komu, ale im nic się złego nie stanie - firma, w której poczęła się Solidarność, jest i będzie nietykalna. Racji oczywiście nie mieli, ale agonię stoczni przedłużyli o kilka lat.Dla mnie wiadomość o sfinalizowaniu tej od miesięcy ciągnącej się transakcji ma wymowę pozytywną. Nie dlatego iż niknie najgłośniejsze w ostatnich kilkunastu latach przedsiębiorstwo. Gdyby udało się je ocalić - metodami ekonomicznymi, a nie politycznymi - byłbym bardzo zadowolonyDobrze się stało jednak, że przestaje to już być sprawa angażująca polityków, związkowców, księży, politykierów, oszołomów. Mam nadzieję, że teraz wypowiadać się będą jedynie ekonomiści i menedżerowie.Kolebek, sięgając pamięcią kilkanaście lat wstecz, mieliśmy więcej, choć żadna nie dorównywała rangą i rozgłosem tej właśnie stoczni. I w ciągu kilku lat byliśmy świadkami bardzo różnych losów tych głośnych firm. Huta Warszawa (obecnie Lucchini) cicho i spokojnie została sprzedana Włochom i dziś nie najgorzej jej się wiedzie. Stocznia szczecińska, tylko trochę mniej sławna od gdańskiej, jest dziś w czołówce światowej w tej branży i jest jedną z największych polskich firm prywatnych, porównywalną pod względem wartości rynkowej z największymi firmami giełdowymi.Huta Sendzimira (dawniej także Lenina) od dawna nie gości na pierwszych stronach gazet, ekonomicznie, a nie politycznie, walczy o swoje miejsce w branży.Przez kilka lat z gdańską stocznią o miejsce na politycznej scenie rywalizował Ursus. Dziś wydaje się, że nawet tam związki zawodowe (szczególnie ten najważniejszy) pogodziły się z koniecznością restrukturyzacji zakładu i redukcji zatrudnienia. Przedtem jednak udało im się doprowadzić firmę na skraj bankructwa i dwa razy zmienić w niej zarząd, stawiając na jego czele związkowców.Dziś rolę tych najgłośniejszych kolebek, upadłych lub z trudem adaptujących się do prawdziwej gospodarki, przejęli inni. O PKP jest ostatnio głośno z powodu dymisji ministra transportu. Nieuchronnie jeszcze o tej firmie będziemy czytać na pierwszych stronach gazet, zanim uda się wtłoczyć ją w ramy sensowne z ekonomicznego punktu widzenia. Druga taka, jeszcze droższa i trudniejsza sprawa to górnictwo.Gdy pisałem ten tekst, znowu w telewizji można było zobaczyć ubranych na galowo górników w prezydenckim pałacu - pióropusze, szpady, ordery, czyli Barbórka jak za dawnych lat. No niezupełnie, bo prasa pisała o święcie skąpo i raczej pod kątem zamykania kopalń, odpraw i redukcji zatrudnienia. I to jest też znak, że na kolebki patrzymy dziś inaczej.Tak więc ich czas pomału się kończy. Młode pokolenie być może będzie wiedziało, kto i dlaczego skakał przez płot, ale już na pewno nie skojarzy, gdzie ten płot był. No i bardzo dobrze. Dla przypomnienia - był to płot odgradzający stocznię gdańską, a przeskoczył go Lech Wałęsa, aby dostać się na strajk w sierpniu 1980 roku. A teraz ten płot kupiła do spółki ze stocznią z Gdyni jakaś spółka Evip, co to jej w Sierpniu wcale na świecie nie było.A jako memento do wygłoszenia nad byłą kolebką pozostaje nam konstatacja, iż losy stoczni to najlepsza ilustracja tezy o szkodliwolityki w świecie, gdzie decydować winny względy ekonomiczne.
Jan Bazyl Lipszyc