Budżet '99
Moja córka Martyna, gdy była dzieckiem i interesowała się jeszcze życiem publicznym, a nie sprawami naprawdę istotnymi, w rodzaju w co się ubrać i jak nie przytyć, gnębiła mnie kłopotliwym pytaniem: powiedz tatusiu, kto jest najważniejszą osobą w naszej ukochanej ojczyźnie? Nie cierpię pytań, na które nie znam odpowiedzi. Wspominam o tym na wszelki wypadek, bo niektórym to nie przeszkadza. Tego pytania wprost nienawidziłem. Szczerze mówiąc, było dla mnie za trudne.Teraz, poniewczasie, już wiem. Najważniejszą osobą w Polsce jest bez wątpienia Henryk Goryszewski. Szary poseł na Sejm, delegat Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, ale nade wszystko szef sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Znam już odpowiedź na dręczące mnie od lat pytanie. Tyle że nikt w domu już się tym dziś nie interesuje. Na szczęście zostali mi jeszcze czytelnicy Parkietu.Pytacie państwo, skąd ja niby wiem, że Goryszewski Henryk jest najważniejszy w Trzeciej Rzeczpospolitej? To proste. Doszedłem do tego drogą eliminacji. Kto jeszcze, pytam, mógłby sobie pozwolić, żeby pogniewać się na rząd, odmówić z nim spotkania, a następnego dnia występować na żywo w rządowej telewizji przez bite 3 godziny i 15 minut? Tylko papież albo Goryszewski. Papież odpada. Nie może być najważniejszą osobą w Polsce, bo mieszka za granicą. Zostaje Goryszewski. Ma osobowość. Jest twardy. Nieugięty. Dumny. Wierzy jak diabli w swoje powołanie.Powołaniem Goryszewskiego jest mówić o wszystkim, co dla państwa polskiego najważniejsze. O sprawach wielkich, ale i drobnych. O miliardach i o guzikach. O deficycie i o próbnej amunicji. O rolnikach, hutnikach, górnikach, emerytach, służbie zdrowia i o zdrowiu w ogóle. Niestety, tylko raz do roku przez cztery lata.Kiedy słucham posła Goryszewskiego, wiernie sprawozdającego poselskie spustoszenia w rządowym przedłożeniu budżetowym, nie mam cienia wątpliwości, że słyszę, jak przemawia Historia. Historia obiektywna. Surowa. Historia sprawiedliwa. Taka, którą wszyscy szanują. Całują po rękach. Zwolennicy, przeciwnicy i obojnacy. Tak, Goryszewski Henryk, zwykły szeregowy poseł sprawozdawca, stał się Katonem polskiego życia publicznego. Kiedy Goryszewski opowiada o tym, jak parlamentarzyści męczyli się nad projektem budżetu, zamiera ruch na ulicach polskich miast, miasteczek i wsi. Zamiera na długo, ale nic to, mógłby nawet na dłużej, bo jest w końcu po temu przyczyna.Ze sprawozdania posła Goryszewskiego o pracach nad tegorocznym budżetem wynikało niedwuznacznie, że projekt rządowy, popierany przez większościową koalicję, stał się wnioskiem mniejszości. To jest prawdziwy kabaret. Ale przecież scenariusza nie napisał poseł sprawozdawca. Ba, mało tego, Goryszewski starał się jak mógł ten komiczny gag unieważnić, zlikwidować. Sprawozdawał poważnie i z przejęciem bezowocny trud swoich kolegów i niekolegów, bo do tego był zobowiązany. Nie sprawozdawał gorączkowych uzgodnień koalicyjnych z poprzedniego wieczora, które wysiłek komisyjnych posłów obróciły w stertę makulatury, bo do tego nie był zobowiązany. Komizm całej tej sytuacji nie przedarł się do sprawozdania posła sprawozdawcy. Doberman honoru zagryzł ratlerka humoru.Jeśli o mnie chodzi, to przyznam, że słuchałem posła Goryszewskiego mając pod ręką kupkę chusteczek higienicznych. Świetnie wczułem się w ducha komedio-dramatu. Ryczałem jak bóbr. Łzy przestały mi kapać dopiero przy wystąpieniu posła Dariusza Grabowskiego, które - moim skromnym zdaniem - powinno być nadawane dopiero po godzinie 22. Mam naprawdę wielkie uznanie dla postawy posła sprawozdawcy, który obszedł się całkiem bez chusteczek.Możemy być spokojni o los Polski. Mamy doskonałą, uodpornioną na wszelką śmieszność, koalicję rządową. No i mamy totalnie impregnowanego na naciski, groźby, prośby i łaskotki posła Goryszewskiego. Łzy śmiechu mieszają się ze łzami wzruszenia. I tak razem sobie płyną, nie wiadomo gdzie.
JANUSZ JANKOWIAK