Co mnie zastanawia
Na początku 1998 r. w felietonie "Sezon na przejęcia" zastanawiałem się, czy jest to na naszym rynku zjawisko przejściowe, czy też bardziej trwałe oraz czy świadczy ono o jego dojrzałości i atrakcyjności notowanych na giełdzie firm. Wydarzenia ostatnich dni dostarczają sporo nowego materiału do refleksji.Ze zjawiskiem przejmowania spółek giełdowych przez inwestorów strategicznych mamy do czynienia od około roku, tak więc trudno chyba mówić o przejściowej modzie czy przypadkowości. Proces ten przebiega z różnym natężeniem, jednak objął już niemałą liczbę firm. Sporo dzieje się właśnie w tej chwili, a, zdaniem analityków, czeka nas jeszcze niejedno. Coraz bardziej gorąco robi się wokół NFI i jest niemal pewne, że i na tym rynku proces konsolidacji wkrótce się dokona.W dalszym ciągu jednak trudno dociec przyczyn, dla których właśnie teraz rynek przejęć tak bardzo się uaktywnił. Można sądzić, że nasza giełda zaczęła uczestniczyć w ogólnoświatowej tendencji, panującej na rynkach kapitałowych od dłuższego czasu. Wówczas należałoby oceniać coraz częstsze fuzje i przejęcia jako zjawisko pozytywne, świadczące zarówno o rozwoju i docenianiu przez inwestorów zagranicznych polskiego rynku kapitałowego, jak i rosnącej atrakcyjności naszego kraju. Z drugiej strony, w procesach konsolidacji coraz bardziej aktywnie uczestniczy także polski kapitał. Tak więc na zjawiska obecnie zachodzące należy patrzeć nie tylko z wąsko pojmowanego punktu widzenia uczestnika rynku giełdowego, lecz także przez pryzmat zjawisk gospodarczych. Niestety, polski rynek nie jest w pełni dojrzały, stąd też procesom fuzji i przejęć towarzyszą spore emocje, ich przebieg zaś wielu jego uczestnikom wydaje się mocno kontrowersyjny, często nie bez powodu.O tym, że akcje na warszawskiej giełdzie są tanie, świadczy przede wszystkim rozwój transakcji wykupu własnych akcji oraz przejęć. Stąd też zapewne wkrótce pojawią się głosy mówiące o wykupowaniu polskich firm za bezcen przez kapitał zagraniczny. Wrażenie to pogłębia się jeszcze bardziej wówczas, gdy nowy inwestor decyduje się na wycofanie spółki z publicznego obrotu.Trzeba zauważyć, że nawet na najbardziej rozwiniętych rynkach transakcjom tego typu towarzyszą podobne odczucia, a niejednokrotnie także mniejsze lub większe afery. Na nas robi to wrażenie właśnie ze względu na naszą niedojrzałość. Naszą, czyli rynku i inwestorów. Niedojrzałości inwestorów w sytuacji, gdy przejmujący i przejmowany ma do dyspozycji ogromny arsenał możliwości ataku i obrony, trudno się dziwić. Wszak znamy je tylko z książek. Na razie oszołomieni jesteśmy dość prostymi manewrami typu: jak przejąć kontrolę nad spółką nie ogłaszając wezwania, płacąc wybranym właścicielom godziwą cenę, znacznie wyższą od rynkowej (przykład BPH i Bayerische Hypo -und Vereinsbank) lub wręcz przeciwnie, czyli ogłaszając wezwanie kupić tanio małe pakiety, wybranemu właścicielowi zaś zapłacić cenę godziwą (przykład Grajewo i Pfleiderer).Wiele z tych manewrów odbywa się zgodnie z prawem, choć z oczywistym pokrzywdzeniem części inwestorów. Zawsze chwaliliśmy się (i byliśmy chwaleni) tym, że nasze przepisy o publicznym obrocie są niemal doskonałe, zapewniają wszystkim równe traktowanie i ochronę interesów. Tymczasem wielu uczestników gry giełdowej coraz częściej czuje się jak w teatrze z dowcipu Aloszy Awdiejewa. Do teatru w Odessie przychodzi publiczność. Zasiedli, czekają - nic się nie dzieje. Po kilkunastu minutach jeden z widzów odsłania kurtynę, a za nią... publiczność wpatrzona w kurtynę. Przedstawienie odbyło się poza sceną. Kasa nie zwraca za bilety. Może by jednak pomyśleć nad udoskonaleniem regulacji, gdyż trudno liczyć, że ta sama publiczność przyjdzie do tego teatru raz jeszcze.
ROMAN PRZASNYSKI