Amerykański bank centralny obiecuje większą otwartość i komuniktywność. Jego intencje co do kształtowania poziomu stóp procentowych w przyszłości mają być bardziej czytelne. Dotąd tylko nieliczne grono wtajemniczonych ekspertów umiało odczytywać pokrętne enuncjacje Alana Greenspana i jego kolegów.Kilka lat temu Greenspan niepochlebnie wyraził się o Wall Street. Padł wówczas słynny zarzut "nieracjonalnego ożywienia" rynku akcji, co miało oznaczać, iż inwestorzy przesadzają kupując papiery po zbyt wysokich cenach.Od tego czasu Dow Jones Industrial Average ostro poszedł w górę i Greenspan zdał sobie sprawę, jak bardzo gospodarka amerykańska jest uzależniona od koniunktury na Wall Street. Pod koniec stycznia kapitalizacja amerykańskiego rynku akcji wynosiła 13,1 biliona dolarów, znacznie więcej niż produkt krajowy brutto. W roku ubiegłym PKB wyniósł 8 bilionów dolarów.Odporność gospodarki USA na kryzysy w różnych regionach świata w znacznej mierze wynika z mniejszego, niż sądzono, uzależnienia tego kraju od koniunktury światowej. Wartość eksportu stanowi 11% PKB, a Stany Zjednoczone handlują głównie z Kanadą, Meksykiem i Unią Europejską, a więc z państwami, które znacznie mniej odczuły konsekwencje kryzysów finansowych niż Japonia, Korea Południowa, Brazylia, Tajlandia, Indonezja czy Rosja.Koniunkturze na Wall Street pomogli też inwestorzy zagraniczni. Cztery lata temu w amerykańskich papierach wartościowych (poza obligacjami skarbowymi) ulokowali oni 57 mld USD, w 1997 r. już 197 mld USD, zaś w roku ubiegłym inwestycje podmiotów zagranicznych miały osiągnąć 228 mld USD.W 1998 r., który ekonomiści, z powodu licznych kryzysów finansowych, uznali za jeden z najgorszych w ostatnim pięćdziesięcioleciu, Dow Jones Industrial Average odnotował trzeci z rzędu dwucyfrowy wzrost.W tej sytuacji trudno się dziwić prezydentowi Clintonowi, że na giełdzie szuka możliwości pomnożenia nadwyżek z funduszu Social Security, amerykańskiego ZUS. Pomysł ten nie spodobał się Greenspanowi ani laureatowi Nagrody Nobla Gary S. Beckerowi. Inwestycja rzędu 800 miliardów dolarów oznaczałaby, zdaniem krytyków, kontrolę rządu nad poważną częścią rynku akcji oraz stwarzałaby ryzyko kierowania się preferencjami politycznymi w wyborze spółek bądź kryteriami zwanymi etycznymi, lansowanymi przez liczące się grupy społeczne.Z drugiej strony w Stanach mamy do czynienia z rosnącą popularnością inwestowania na podstawie tego rodzaju kryteriów. Z danych Conference Board wynika, że w latach 1995-1997 aktywa preferujących je funduszy rosły w tempie 227%, podczas gdy aktywa wszystkich funduszy emerytalnych odnotowały dynamikę w wysokości 84%.Sfera społecznej poprawności i odpowiedzialności jest dość rozległa, gdyż obejmuje nie tylko ekologię czy bezpieczne i pożyteczne produkty, ale także działalność charytatywną, awansowanie na wysokie stanowiska w spółkach kobiet i przedstawicieli mniejszości oraz "postępowy stosunek do lesbijek i homoseksualistów".Organizacja Social Investment Forum ma na swojej liście 14 funduszy kierujących się tego rodzaju kryteriami, a indeks spełniających je firm obejmuje 400 spółek. Pewnie któregoś dnia wiatr globalizacji i nam przyniesie podobne dylematy. Może okaże się też, że ZUS będzie miał nadwyżki, których część zechce ulokować na giełdzie.

ANDRZEJ TUSZYŃSKI