Polska waluta od pewnego czasu systematycznie słabnie i spadek jej wartości poniżej centralnego parytetu nikogo chyba specjalnie nie dziwi. Winą za ten stan obarczane są zawirowania na światowych rynkach finansowych. Oczy inwestorów ponownie skierowały się na Brazylię, gdzie tamtejszy real obniżył swoją wartość wobec dolara do historycznego minimum. Fakt ten bardzo szybko znalazł przełożenie na kursy walut rynków wschodzących, w tym również na Polskę. Właściwie powinniśmy się z tego cieszyć, ponieważ jednym z poważniejszych problemów, z jakimi boryka się nasza gospodarka, jest deficyt handlowy, a słabszy złoty wzmocni pozycję eksporterów. Nawiasem mówiąc, trudno w tej chwili stwierdzić, jaki właściwie jest ten deficyt. Dane na ten temat opublikowane prze RCSS odbiegają dość wyraźnie od tego, co głosi NBP. Nie są to zresztą jedyne różnice i ten fakt zapewne sprowokował panią prezes Gronkiewicz-Waltz do wystąpienia prostującego błędne dane o wskaźnikach makroekonomicznych.Dłuższy czas mówi się o inwestorach zagranicznych wycofujących się z polskich papierów wartościowych. Być może pewien odpływ kapitału miał (ma?) miejsce. Trzeba jednak zwrócić uwagę, iż po spadku wartości złotego o ponad 10% dla inwestora zachodniego akcje polskich przedsiębiorstw są tańsze nawet jeśli nie zmieniły ceny, a przecież w ubiegłym tygodniu spełniły się przewidywania pesymistów i WIG zanotował wyraźny spadek. Biorąc dodatkowo pod uwagę dość dobre długoterminowe perspektywy gospodarki, należy oczekiwać, że chwilowe problemy są w znacznej mierze uwzględnione w cenach, a giełda niebawem zacznie dyskontować lepsze jutro. Kiedyś mówiono, że lepiej już było, ale mnie bliższa jest postawa szefowej NBP niż ministra Kropiwnickiego.

.