Faksem z Gdańska

Z niepokojących sygnałów gospodarczych przebija się dobra wiadomość o nieustającej atrakcyjności Polski dla zagranicznego kapitału. Jeśli nawet doniesienia o napływie 10 mld USD w 1998 roku i łącznej sumie 30 mld USD są przesadzone, bo uwzględniają kredyty, które trzeba spłacać, oznacza to, że nasz kraj jest wiarygodny. Coraz bardziej wiarygodny na tle kulejących sąsiadów, chociaż tempo wzrostu w tym roku osiągnie połowę rekordowego wskaźnika z 1997 roku. Ze starego, prywatyzacyjnego nawyku mocno odróżniam inwestorów wedle ich intencji i pożytku dla gospodarki. Najwyżej cenię inwestorów strategicznych, angażujących poważne środki w modernizację zakładów lub budowę nowych, podnoszących konkurencyjność naszej gospodarki. Niepokój związków zawodowych w Holandii, Francji czy Szwecji jest nieomylnym znakiem, że przenoszą do nas miejsca pracy, wiążąc się z Polską na złe i dobre. Najmniej płodne gospodarczo są wielkie pudła zwane hipermarketami. Wcale mnie nie cieszy, że kapitał handlowy to ponad 3 mld USD, czyli dziesiąta część tego wszystkiego, co napłynęło do kraju, a hipermarkety powstają jak grzyby po deszczu i pewnie ich liczba potroi się do 2000 roku.Dlaczego widzę w tym gorsze pieniądze, skoro Polacy głosują nogami i portfelami na wielkie obiekty handlowe, a unowocześnienie naszej sieci handlowej jest równie potrzebne, jak modernizacja hutnictwa czy transportu? Dlatego że jest to taki typ inwestycji, który więcej miejsc pracy niszczy w swym kupieckim otoczeniu, aniżeli tworzy. Nie było to takie groźne na Zachodzie, gdzie nowe formy handlu stopniowo wrastały, już od początku lat 60. w tradycyjne sklepikarstwo. Zderzenie konkurencyjne naszego, bardzo rozdrobnionego kupiectwa z wielkimi sieciami handlowymi nie jest niczym amortyzowane. Odwrotnie, nasze miasta popełniły seryjne błędy, wydając zezwolenia lokalizacyjne bez ładu i składu. Zabrakło świadomej polityki kształtowania sieci usług w sposób zrównoważony - dając szansę tradycyjnym formom handlu w śródmieściu i spychającej hipermarkety na obrzeża. Co więcej, krajowi producenci mają na ogół utrudniony dostęp na półki supermarketów, kontrolowanych przez kapitał zagraniczny. Z tych wszystkich powodów nie są to inwestycje wzbogacające gospodarkę miasta i regionu. Z drugiej strony, nie wierzę w sztuczne, formalnoprawne metody hamowania rozwoju nowych form handlu. Koncesje i biurokratyczne procedury są zazwyczaj złym lekarstwem, podobnie jak próby zakazania handlu w niedzielę, co wielu Polaków potraktowałoby jako zamach na wygody konsumenckie, uzyskane w latach 90. Samoobrona naszych kupców będzie skuteczna wtedy i tylko wtedy, gdy zespolą wysiłki i przeciwstawią konkurencji ofertę porównywalną co do ceny i jakości.

JANUSZ LEWANDOWSKI