Okiem sceptyka
Każdy, kto obraca się w świecie rzeczywistego pieniądza, odczuwa w swym portfelu wahania koniunktury. Niezależnie od tego, czy jest spekulantem giełdowym, właścicielem szczęk na przygranicznym targowisku czy też członkiem zarządu giełdowej spółki, może boleśnie odczuć skutki własnych błędów, załamania koniunktury albo niedoróbek legislacyjnych.Jedyną grupą, której to nie dotyczy, jest tzw. klasa polityczna. Nic dziwnego, że parlament bieżącej kadencji nie ma serca do ustawodawstwa gospodarczego, a rząd też nie pali się do prowadzenia restrukturyzacji, prywatyzacji czy też poprawiania knotów legislacyjnych. W tej atmosferze wzajemnego zrozumienia można być kompletnym analfabetą ekonomicznym, klajstrującym braki wiedzy populizmem i demagogią i jednocześnie uchodzić za eksperta od powszechnego uwłaszczenia lub być głównym recenzentem procesów prywatyzacyjnych, nie mając o nich większego pojęcia.Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym obowiązek odprowadzania przez wszystkich parlamentarzystów, politycznych członków rządu (od premiera do podsekretarza stanu) i prezesów urzędów centralnych (włącznie z ZUS, GPW i KPWiG) połowy bieżących dochodów na specjalnie utworzony fundusz inwestycyjny.Budowa portfela w tym funduszu byłaby dziecinnie prosta - zwykły fundusz indeksowy, bazujący na WIG20, MIDWIG, NIF i WIRR. Przy takiej strukturze wartość portfela stosunkowo wiernie odwzorowywałaby nastroje na GPW i nawet bardzo zdolny doradca inwestycyjny nie byłby w stanie poprawić wyników portfela. Ponieważ w portfelu byłoby około setki papierów, na jego wartość nie mogliby wpływać również PT politycy, wprowadzając np. jakieś nowe preferencje branżowe. Na każdym posiedzeniu sejmu parlamentarzyści otrzymywaliby wyciąg, zawierający aktualną wycenę ich portfela, z komentarzem, napisanym przez najlepszych doradców inwestycyjnych.Już widzę reakcję posła Krzaklewskiego na 20-proc. spadek wartości jego portfela po zgłoszeniu przez przewodniczącego Krzaklewskiego inicjatywy ustawodawczej o wypłaceniu z budżetu rekompensat dla posiadaczy akcji pracowniczych Stoczni Gdańskiej. Cieszyłbym się z wraz z ministrem Kaliszem, że ma o 30% więcej po uwaleniu przez prezydenta ustawy o Prokuratorii Generalnej.W dniu zakończenia kadencji papiery z portfela byłyby sprzedawane po kursie dnia, uzyskane pieniądze wypłacane politykom i wtedy każdy z nich mógłby sprawdzić, ile była warta zakończona kadencja.Pozbawienie kogoś 50% jego bieżących dochodów i wypłacenie ich dopiero pod koniec kadencji, w dodatku niekoniecznie w kwocie, wynikającej z prostego zsumowania poszczególnych wpłat, może wydać się niesprawiedliwe. Trzeba sobie uświadomić, że pozostające do wypłaty kwoty to i tak znacznie więcej niż płaca adiunkta bez habilitacji czy działacza na etacie związkowym, a te dwie grupy społeczne mają nadreprezentację w parlamencie. Poza tym, jeżeli praca PT polityków dawałaby pozytywne efekty gospodarcze, to indeksy bazowe wcale nie musiałyby spadać.Jedynym minusem mojego projektu jest to, że sejm bieżącej kadencji na pewno nie będzie chciał go wdrożyć. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podcina gałęzi, na której siedzi.
Aleksander Weksler