Dopłaty eksportowe
Producenci mięsa w Polsce głośno dopominają się o wprowadzenie na stałe obyczaju dopłacania eksporterom okrągłych sumek z budżetu do ceny uzyskiwanej ze sprzedaży towarów za granicą. Na przykład świninę możemy sprzedawać wszystkim spragnionym tłuszczu, nawet za złotego. Byle Balcerowicz dosypał tyle, żeby każdy wyszedł na swoje: rolnik, pośrednik, producent, handlowiec. Krótko mówiąc, im taniej będziemy sprzedawać - tym drożej za to zapłacimy.
Intensyfikacji twórczego procederu stawiania świata na głowie domagają się z jednakim zapałem Rządowe Centrum Studiów Strategicznych, pan poseł Kalinowski, jak i dyżurni rolnicy z SLD. Chodzi o to - mówią - żebyśmy mogli, jak równy z równym, konkurować na rynkach wschodnich z subsydiowanymi zachodnioeuropejskimi eksporterami. Chodzi o to, żeby było sprawiedliwe. Żebyśmy mieli równe szanse. Żebyśmy ratowali miejsca pracy w Polsce. Żeby nas te świnie nie zalały. Żeby braci Słowian wesprzeć tanim mrożonym kotletem, co to za życia biegał po ekologicznych polskich gumnach. Chodzi o to, żeby było dobrze.A będzie? Konkurowanie przez Polskę z Unią Europejską czy Stanami Zjednoczonymi cenami subsydiów eksportowych jest pomysłem genialnym. Oni obniżają ceny i dodają sto dolarów do tony. No, to my łup, dorzucamy jeszcze dwadzieścia. Oni kolejne trzydzieści. My kładziemy wszystko na jedną szalę: budżet odpożycza 400 mln pożyczki z Agencji Restrukturyzacji Górnictwa, i tę pożyczoną pożyczkę pożycza Agencji Restrukturyzacji Rolnictwa. Ta daje to na subsydia. Rząd dorzuca jeszcze do każdej sprzedanej świni butelkę bonaqy. Ci z Zachodu przebijają nas dwoma colami i belgijskim pasztetem. My się natężamy i za przyczyną rzutkich menedżerów z Euro Agro Centrum, Exbudu oraz firmy Sobiesław Zasada Ltd., dokładamy do każdej wyeksportowanej tuszy współfinansowane przez te firmy polskie tłumaczenie bestsellera Grzegorza W. Kołodki "Od szoku do terapii; Ekonomia i polityka transformacji".Wschodni Europejczycy są już, co prawda, odrobinę głodni, ale cierpliwie czekają, bo warto. Jest szansa najeść się, popić za darmo, jeszcze na tym zarobić i na dokładkę "dowiedzieć się jak" z książki profesora. Oniemiały Zachód przytomnieje i poddaje się. Rynki wschodnie są tylko nasze. Natychmiast tworzymy Ministerstwo Subsydiów Eksportowych, którego statutowym obowiązkiem jest "dbałość o zachowanie pozycji konkurencyjnej polskich podmiotów gospodarczych za granicą".W ten sposób z naszych podatków ratujemy tysiące miejsc pracy w Polsce. Nie potrafimy, niestety, nic powiedzieć o ich efektywności, o tym, czy są to konkurencyjne miejsca pracy, czy zwykłe stanowiska użyteczności publicznej. Ale pocieszające, że oni tam na Zachodzie też o swoich subsydiowanych miejscach pracy tego powiedzieć nie potrafią.A co w takim razie jest w całej tej sprawie jasne? Jasne są trzy rzeczy: po pierwsze - znane są koszty ogólne subsydiów, które trzeba pomieścić w budżecie. Po drugie - dzieląc wielkość nakładów przez liczbę uratowanych miejsc pracy otrzymamy jednostkowe koszty subsydiowania. Po trzecie - którędy dojść do dopłat eksportowych, to mniej więcej wiadomo, ale za Boga Ojca nie wiadomo, jak od nich odejść.Protekcjonizm jest kosztowną zabawką. Jest też, niestety, trudnym do wyleczenia nałogiem. Potwierdzają to wszystkie badania empiryczne. Ostatnio Patrick Messerlin, ekonomista z Institut d'Etudes Politiques, wyliczył, że różne formy protekcjonizmu, stosowane w 22 najbardziej chronionych sektorach europejskiej gospodarki, pozwalają zachować około 200 tys. miejsc pracy. Kosztuje to europejskiego podatnika 43 mld dolarów rocznie. Wychodzi na to, że ocalenie jednego miejsca pracy następuje za okrągłą sumkę 215 tys. dolarów na rok. Drogo? Zależy, jak liczyć. Ponieważ jest to niespełna 15 dolarów miesięcznie na twarz, większość podatników w zamożnych krajach z rezygnacją macha ręką.My, na szczęście, bogaci nie jesteśmy. Jeśli damy się teraz zagnać do podatkowej zrzuty na subsydia eksportowe, to uratujemy mało za dużo i nie będziemy mieli siły, żeby coś później z tym zrobić. Państwo pytają: skąd my to znamy?
JANUSZ JANKOWIAK