Fuzja bre-handlowy

Kiedy coś lub ktoś łączy banki - bywa ciekawie. Ale w Polsce, to już jest po prostu nadzwyczajnie, superciekawie. Zapewne dlatego, że konsolidacja sektora finansowego długimi korzeniami sięga niezapomnianego pana Jana Monkiewicza, cenionego dziś współautora publikacji odsłaniających tajniki wszechświatowego rynku ubezpieczeniowego, czyli najważniejsza jest, jak zwykle zresztą, tradycja.

To panu M. zawdzięczamy kultywowaną najwyraźniej po dziś dzień regułę, w myśl której łączenie się instytucji finansowych powinno przypominać nocne wizytowanie ciemnej strony księżyca. Fuzja BRE i Handlowego lokuje się więc w samiutkim centrum fantastycznie bogatej tradycji. Pole dla domysłów jest wystarczająco wielkie i mgliste, by zabawa w zgaduj-zgadulę była przednia.Dlaczego wobec tego nikt nie chce się bawić? Dlaczego tak wątlutkie niedorozwinięte, komentarze towarzyszą jednej z najciekawszych fuzji 10-lecia? Trudno powiedzieć. Może zawiniły upały? Sezon ogórkowych wakacji? A może wszyscy już wszystko wiedzą i dlatego nikt o nic nie pyta?Będąc usprawiedliwiony urlopem, mogłem bez ryzyka znaczniejszej kompromitacji, z nieznacznym opóźnieniem, przetestować sprawę BRE- Handlowy na kilku znajomych fachowcach. Test był interdyscyplinarny (bankowcy, ekonomiści, aktor grający na giełdzie, dziennikarze). Próbka była całkiem reprezentatywna, pochodziła ze szczelnie zamkniętego konkursu rozpisanego wśród przyjaciół i znajomych.Pytania były trzy. Ale prościutkie niczym plecy mojej żony. Po pierwsze - jaka była rola zarządów banków w przygotowaniu koncepcji fuzji? Po drugie - o co w tej koncepcji w ogóle idzie? Po trzecie - jak oceniasz "sprzedanie" koncepcji opinii publicznej?Wyniki testu złożyły się na kilka zastanawiających wniosków. Rola zarządów? Zerowa. Koncepcja? Się jeszcze zobaczy. Prezentacja? Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe w parodii Mela Brooksa. Absolutnie zgadzam się, że takie syntetyczne wyniki wymagają odpowiedniego rozwinięcia. Zastrzegam jedynie, że poniższe rozwinięcie ma charakter skrajnie subiektywny.Zazwyczaj koncepcję fuzji przygotowują zarządy spółek, które po przedłożeniu i akceptacji ze strony rad nadzorczych idą z pomysłem do właścicieli. W wypadku BRE--Handlowego było jednak chyba inaczej. Sprawę nagrała część udziałowców w porozumieniu z niektórymi członkami zarządu i pojedynczymi ledwie reprezentantami rad nadzorczych. Aż nie chce się wierzyć, że Skarb Państwa nie był przy tym konsultowany. Chyba że minister SP i SP, to nie to samo i ktoś konsultował sprawę wysoko, ale niekoniecznie akurat z panem ministrem Wąsaczem, którego takie lekceważenie najwyraźniej mocno zeźliło. Inaczej zagadki ministerialnych pomruków, po ogłoszeniu parytetu wymiany akcji, wytłumaczyć nie sposób.Pozycja zarządu poddanego konsolidacji - co oczywiste - jest zasadniczo różna od tej zajmowanej przez zarząd realizujący autorską koncepcję z oficjalnym błogosławieństwem reprezentanta rządowego udziałowca.Ale odgadnąć autorstwo planu fuzji i tego autorstwa konsekwencje - to jeszcze małe piwo. Gorzej mają się sprawy z rozwikłaniem samej koncepcji. Gdyby autorzy fuzji mieli gwarancję, że ich połączony korporacyjny bank zyska, jako dopełnienie, prywatyzowany bank detaliczny, mielibyśmy do czynienia z przemyślanym całościowym planem. Ale takiej gwarancji, wszystko na to wskazuje, konsolidowana dwójka od rządu nie uzyskała, choć bardzo by chciała. A skoro tak, to mamy do czynienie nie z koncepcją, ale co najwyżej z jakąś półkoncepcją.Półkoncept sprzedano polany obficie ostrym narodowym sosem. Polski charakter półproduktu, będącego wynikiem fuzji in spe, został bardzo mocno podkreślony w profuzyjnej propagandzie. Prawdę powiedziawszy argument o zachowaniu kontroli nad bankiem w polskich rękach wysunął się nawet zdecydowanie na pierwszy plan. Bardzo to, w świetle powszechnie znanych faktów, zabawne. Duch Monkiewicza. Nic innego.

JANUSZ JANKOWIAK