Rozmaite są sposoby sprawowania władzy. Jeden z arabskich monarchów, idąc w ślady legendarnego Harun al Raszyda, ma zwyczaj krążenia w przebraniu po ulicach i odwiedzania incognito różnych miejsc, by wiedzieć, co naprawdę w trawie piszczy. Białoruski prezydent krąży śmigłowcem nad polami, nadzorując osobiście przebieg kampanii żniwnej oraz sypie dekretami, regulującymi wszystko, co da się uregulować. Niedawno wydany taki akt nosi wdzięczny tytuł "O dodatkowych sposobach uwspółcześniania stosunków pracy oraz przestrzegania dyscypliny pracy".
Dodatkowy sposób uwspółcześniania stosunków w dziedzinie ubezpieczeń społecznych oraz przestrzegania dyscypliny w tej dziedzinie zaproponował w tych dniach polski premier. Jerzy Buzek - człowiek gołębiego serca - nie wydał dekretu (do czego zresztą nie ma uprawnień), nie wyrzucił na zbity pysk z intratnych posad ludzi, odpowiedzialnych za tzw. reformę systemu emerytalnego. Jako powszechnie doceniany mediator, spotkał się z zainteresowanymi, wysłuchał ich racji oraz zapewnień, że już wkrótce będzie lepiej. Po czym objął osobisty patronat nad całym, nieudacznym jak dotychczas, przedsięwzięciem. Przepustowość komputerowego systemu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych od razu się zwiększyła, a i oprogramowanie autorstwa giełdowego Prokomu zaczęło sprawniej działać; w dniu interwencji szefa rządu ZUS nagle przetworzył dane 96 tysięcy członków funduszy emerytalnych, wyprzedzając o 16 tysięcy dziennych danych harmonogram. Przedstawiciele towarzystw emerytalnych, najwyraźniej nie wierzący w cudowną moc sprawczą szefa rządzącego gabinetu, nadal jednak patrzą na ZUS nieufnie i grożą mu procesami. Cóż - patronat patronatem, a pieniądze pieniędzmi. Może jest to jednak metoda... Marzy mi się w związku z tym kilka innych, owocnych patronatów. Gdyby tak na przykład premier - a jeszcze lepiej wicepremier i minister finansów zarazem - objął swym patronatem polski rynek kapitałowy? Taka przychylność mogłaby zaowocować możliwie dużym oddaleniem w czasie pomysłów o opodatkowaniu dochodów z tego rynku, wciąż przecież u nas raczkującego i stworzeniem zachęty, by inwestować na nim oszczędności ulokowane w bankowych pończochach. Mogłaby zaowocować upowszechnieniem i utrwaleniem opinii o znaczeniu giełdy, jako ważnej części napędowego mechanizmu koniunktury gospodarczej. Przedwczesne, choć nieuchronne dla przyszłej polskiej cząstki zjednoczonej Europy, opodatkowanie - w dodatku niesprawiedliwe, bo nierównoprawne (wiele już o tym napisano, nie będę się więc rozwodził) może tu być poważnym hamulcem. I to w czasie, gdy światowe parkiety wchodzą w okres poważnych przemian, gdy europejskie giełdy zaczynają tworzyć przedkonsolidacyjne sojusze, gdy ekspansywny rozwój alternatywnych, elektronicznych rynków wymiany sprawia, że także polskim inwestorom zacznie być obojętne, czy obracają walorami w Warszawie, czy w innym miejscu świata.Przydałby się też jakiś wysoki patronat nad rynkiem pracy i efektywnością pracowników. Jesteśmy krajem o dużych - mam nadzieję - aspiracjach, ale wciąż na dorobku. I jak to na dorobku, powinniśmy urabiać sobie ręce po łokcie, by poprawić przyszłą sytuację nas samych, zapewnić możliwie dobry strat naszym dzieciom i wnukom... W wymiarze indywidualnym wielu tak robi, dorabiając, podejmując dodatkowe zajęcia. A w wymiarze całej gospodarki? Pilnie patrząc w kalendarz wyborczy, oba główne, rywalizujące ugrupowania polityczne, prześcigając się w dbałości o człowieka pracy, wymyśliły właśnie nasz własny "dodatkowy sposób uwspółcześnienia stosunków pracy". Idzie głównie o to, by nikt się nazbyt nie przemęczał. Prezent w postaci dwóch mniej godzin pracy w tygodniu postanowili, na wyprzódki, sprawić nam posłowie AWS i SLD. Jednoznacznie źle oceniają ten pomysł środowiska biznesowe, które w dodatku narzekają, że centralne regulacje pogarszają i tak niewielką elastyczność naszego rynku pracy, zwiększą jej koszt, a w szerszej skali utrudnią transformację gospodarki...Nasi dobroczyńcy przepchną zapewne zgodnie, nie bacząc na światopoglądowe różnice, ów prezent dla wyborców. Może to i dobrze: ileś tam firm szybciej splajtuje - ileś tam osób, pracujących równie źle jak dotychczas, ale krócej, zasili szeregi bezrobotnych. I one, i ci chcący dorobić, poszukają sobie dodatkowych zajęć - można więc przewidywać dalszy burzliwy rozwój szarej strefy zatrudnienia. Tysiące, jeśli nie miliony ludzi pracować będą, jak i teraz, nie żadne 40, ale 50 czy 60 godzin w tygodniu... Politycy będą zadowoleni, nasz kraj będzie się pięknie prezentował w społecznych (podkreślam - społecznych) statystykach. Tylko co z ekonomicznymi?Przydałby się, generalnie rzecz biorąc, jeszcze jeden patronat: boski - nad politykami. Nie musiałby to być zresztą sam Szef. Wystarczyłby jakiś święty od dolewania oleju do głowy...
JERZY KOREJWO