ZUS a sprawa polska

W każdej szanującej się gospodarce musi być choć trochę zjawisk tajemnych, spraw zagmatwanych, takich, co to ich prostym ludzkim rozumem ogarnąć nie sposób. A każda tajemnica musi pasować do czasu, do warunków historycznych. Słowem: rzeczy niewytłumaczalne są ledwie częścią większej całości.

I tak, jak legendarny sznurek do snopowiązałek pasował do towarzysza Gomułki Wiesława, jak skup butelek doskonale leżał na towarzyszu Gierku Edwardzie, a problem eksportu kasztanów uporczywym kleksem splamił mundur towarzysza-generała-prezydenta Jaruzelskiego Wojciecha, tak problem ZUS-u łączy się już nierozerwalnie z nazwiskiem pana prezesa Alota Stanisława. I ta nierozwiązalna kwestia, jak podłączyć ZUS do reformy, już się w historii zapisała. Niczym sznurek, butelki, kasztany i inne podobne tajemnice.A że mamy do czynienia z wielką tajemnicą, zaprzeczyć nie sposób. Nasza reforma emerytalna, w pół roku od daty formalnego startu, jest jednym z najbardziej mglistych zjawisk gospodarczych pokomunistycznej transformacji. Nie tylko w Polsce, ale w ogóle we wszechświecie. Co do dotychczasowego przebiegu reformy emerytalnej, po prostu nic pewnego nie wiadomo. No, może z wyjątkiem tego, że odłamki walą gdzie popadnie: w budżet państwa, w wyniki finansowe instytucji finansowych - banków, towarzystw ubezpieczeniowych, biur maklerskich - w emerytów in spe. A całemu tajemnemu przedsięwzięciu patronuje pogodne oblicze eks-działacza związkowego wysokiego szczebla.Wokół reformy emerytalnej i ZUS-u kłębi się od domniemań. Ustalenie faktów nie jest możliwe. Ocena konsekwencji makro- i mikroekonomicznych emerytalnego obsuwu - też przychodzi z niejakim trudem. Rzecz w tym, że w ustawie budżetowej na ten rok zapisano łączną dotację dla ZUS w wysokości 9,6 mld złotych. Podział tej dotacji między wypłaty bieżące i dofinansowanie za ubytek składki drugofilarowej, został oszacowany na - odpowiednio - 5,6 i 4 mld. ZUS dotację na roczne bieżące finansowanie wykorzystał w pół roku, ale całej dotacji budżetowej jeszcze zjeść nie zdążył.Do tej pory sprawa wydaje się prosta, prawda? Prosta do pojęcia, bo już nie do rozwiązania. Mamy do czynienia ze zwykłym brakiem płynności finansowej. Ale od momentu zdiagnozowania zjawiska zaczyna się już prawdziwa gmatwanina. Po pierwsze - ZUS staje się kredytobiorcą, co słusznie dziwi ekonomistów, którzy powątpiewają w zdolność kredytową ZUS i krytykują powiększanie długu publicznego drogą zaciągania komercyjnych pożyczek przez instytucje sfery budżetowej. Po drugie - ZUS staje się, zdaniem prawników, malwersantem, sięgającym po nie swoje przecież drugofilarowe składki, dla finansowania bieżących wydatków. Po trzecie - Ministerstwo Finansów zdaje się mieć nadzieję na zaoszczędzenie jakiejś części z tych 4 mld, które miały rekompensować ZUS-owi utratę składki. No, bo jeśli ZUS nie przekazuje składek, to nie ma tytułu do budżetowych rekompensat.I w ten sposób powstają szczególnego rodzaju podstawy do ogólnego optymizmu wszystkich. Ministerstwo Finansów radośnie trzyma się nadziei, że na zusowskim poślizgu uda się dociągnąć do końca roku bez nowelizacji budżetu. ZUS żyje myślą o kolejnym kredycie na podtrzymanie płynności i łakomie spogląda na swoje-nieswoje 4 mld. Fundusze emerytalne pożerają kolejne dotacje, uciekają się do transferu kosztów, dekomponują strategie inwestycyjne, modląc się o to, by system wreszcie zaskoczył. Emeryci in spe, ludzie przeważnie młodzi, optymistycznie nie myślą jeszcze o emeryturach. Wiedzą tylko, że gdzieś tam się zapisali (do Lindy, Malajkata, Bogdana). Co bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że wartości jednostek rozrachunkowych są nadzwyczajne, a i tak nie ma sensu codzienne śledzenie gazet przy inwestycjach 30-letnich.Mamy więc taką niepolską sytuację: jest raczej kiepsko, a pomimo to wszyscy są po amerykańsku optymistyczni. Wiadomo, budżet nie może zbankrutować. ZUS też nie. Fundusz owszem, może, ale bez konsekwencji dla ubezpieczonych. Emerytury zawsze będą. Czyli - są powody do optymizmu.Tylko: jeśli nikt nie może zbankrutować, to jakie jest wyjście z obecnej matni? Nie ma. I to jest właśnie w tym wszystkim najfajniejsze. Okazuje się, że zawsze może być gorzej. Superoptymistycznie!

JANUSZ JANKOWIAK