O godzinie 12.18 WIG20 w porównaniu z piątkowym fixingiem tracił 12,5%, natomiast w stosunku do zamknięcia notowań ciągłych strata wyniosła pawie 10%. O tej samej porze średni spadek innych indeksów europejskich osiągnął poziom jedynie około 3%. Liczby te obrazują skalę paniki, jaka wczoraj dosięgnęła warszawski parkiet. Sądzę, że inwestorzy przesadzili nieco ze skalą wyprzedaży, biorąc pod uwagę nawet zachowanie amerykańskich akcji. Tempo spadków każe zastanowić się nad racjonalnością sprzedaży po obecnych kursach. Oczywiście, pesymiści zwrócą uwagę na możliwość przedłużenia korekty w momencie zrealizowania najbardziej negatywnego scenariusza, uznającego zakończenie pięcioletniego okresu prosperity na amerykańskich rynkach akcji. W tym przypadku jednak konieczne będzie pokonanie przez wskaźnik S&P500 kluczowego poziomu, jakim jest bariera 1250 punktów. Dopóki poziom, ten pozostanie obroniony, dopóty amerykańska hossa będzie trwać. Sądzę, że w obliczu doskonałej kondycji tamtejszej gospodarki (korzystne wyniki spółek w I kwartale), istnieje niewielkie prawdopodobieństwo zakończenia kilkuletniego rynku byka. W tym kontekście obecny spadek naszej giełdy w okolice 19 tys. punktów jawi się jako typowy ruch powrotny w kierunku niedawno przełamanej strefy wsparcia, mieszczącej się w okolicach 18,5 tys. punktów. Istotnym potwierdzeniem tej tezy są kilkakrotnie mniejsze obroty. Sytuacja jest podobna, jak podczas ubiegłorocznej korekty. Co stało się później, wszyscy doskonale pamiętają.