David Landes w głośnej książce ?Bogactwo i nędza narodów? przypomniał zdanie napisane przed prawie 200 laty przez Malthusa: ?Przyczyny bogactwa i nędzy narodów są przedmiotem wszystkich dociekań ekonomii politycznej?.Współcześni ekonomiści, szczególnie akademiccy teoretycy, wolą skupiać się na sprawach dotyczących wzrostu i równowagi, produktywności i efektywności finansowej. Ale żadna ekonomia nie może pomijać kwestii społecznych, choćby dlatego, że spokój społeczny i stabilizacja są warunkiem niezbędnym trwałego rozwoju. Pewne rozwiązania są racjonalne z punktu widzenia gospodarki, lecz niemożliwe do zaakceptowania dla dużej części społeczeństwa. Polityka gospodarcza jest zawsze kompromisem między racjonalnością ściśle ekonomiczną a przyzwoleniem społecznym.Z problemem tym spotyka się każdy polityk odpowiedzialny za gospodarkę. Ze szczególną ostrością wystąpił on w krajach przechodzących transformację ustrojową, która doprowadziła do głębokich przemian społecznych. Z każdym kompromisem tak już bywa, że nikt nie jest z niego do końca zadowolony. Ci, którzy sądzą, że wzrost gospodarczy jest celem najważniejszym, twierdzą, że wcześniej czy później owoce wzrostu i tak konsumowane są przez wszystkich, brak wzrostu zaś najbardziej dotkliwie odbija się na mniej wykwalifikowanych, mniej zaradnych, a zatem biedniejszych warstwach społeczeństwa. Zwolennicy wyrównywania dochodów podają argument przeciwny ? trwająca nieprzerwanie od dziesięciu lat doskonała koniunktura w Stanach Zjednoczonych przyczyniła się do zwiększenia rozpiętości dochodów. Średnie dochody pracownicze pozostały na tym samym poziomie co w poprzedniej dekadzie. Ale odwrotną stroną tej stagnacji dochodów jest niskie bezrobocie, co dla osób zapatrzonych w cele społeczne jest wartością trudną do przecenienia.Sprzeczność między możliwościami wzrostu gospodarki a stopniem wyrównania dochodów jest oczywista, szczególnie w krajach borykających się ze zbyt szczupłymi zasobami kapitału. Dotyczy to też Polski. Stopa oszczędzania w naszym kraju jest wyraźnie niższa niż w krajach, mających zbliżony do naszego poziom dochodów ? Czechach, na Węgrzech czy w Słowenii. Polska utrzymuje jednak najwyższe tempo wzrostu w regionie, co rzecz jasna musi powodować napięcia na rachunku bieżącym bilansu płatniczego.Radykalnie można temu zaradzić, powiększając zasoby oszczędności, zdolne do sfinansowania inwestycji. Na krótką metę do wzrostu oszczędności przyczynia się podnoszenie stóp procentowych, ale to z kolei wzmacnia złotego i zwiększa zadłużenie firm w bankach zagranicznych. Polityka gospodarcza powinna być nakierowana na stymulowanie dobrowolnych oszczędności, czyli nagradzanie ludzi za to, że zechcą czasowo zrezygnować z konsumpcji.Dotyczyć to może tylko części społeczeństwa ? ludzi mających dochody wyższe od przeciętnych. Można byłoby na przykład wprowadzić zasadę zwolnienia z podatków dochodów dobrowolnie oszczędzanych w funduszach inwestycyjnych lub emerytalnych. Powstały w związku z tym uszczerbek dochodów budżetowych powinien być zrekompensowany cięciami wydatków, szczególnie tych, które przyczyniają się do bieżącej konsumpcji, czyli transferów socjalnych. W ten sposób można byłoby wykreować dodatkowe oszczędności, których wielkością odpowiedzialny za politykę fiskalną rząd mógłby dowolnie sterować.Z punktu widzenia długofalowego wzrostu byłoby to rozwiązanie znakomite, ale na krótką metę oznaczałoby ono politykę przyjazną dla osób o wyższych dochodach kosztem ograniczenia transferów socjalnych dla biedniejszych grup. W kraju, w którym tak wielkie jest przywiązanie do egalitaryzmu, trudno byłoby znaleźć większość, która przegłosowałaby takie rozwiązanie w Sejmie. Rozwiązaniem społecznie najbardziej bezpiecznym byłoby przekonanie osób mających wyższe od przeciętnych dochody, by dobrowolnie rezygnowały z bieżącej konsumpcji i w większym niż dotychczas zakresie przeznaczały swoje środki na tworzenie kapitału. Nie jest to już jednak zadanie dla polityków, odpowiedzialnych za gospodarkę. Konieczna byłaby raczej zmiana modelu konsumpcji, stylu życia i kultury, co w krótkim czasie jest raczej niemożliwe.
WITOLD GADOMSKIpublicysta ?Gazety Wyborczej?