Bardzo niewielu ekonomistów miało coś przeciw oswobodzeniu kursu złotego. Natomiast pierwsze reakcje na dzienne, sięgające kilku punktów procentowych, skoki kursu są już mocno mieszane. Niektórzy się z tego powodu denerwują. Niepotrzebnie. Właśnie uczymy się empirycznie, czym krótki okres różni się od długiego. Doświadczamy również nieprzyjemnych skutków wciąż wysokiej inflacji i diabelnie wysokich realnych stóp procentowych. Stąd właśnie dzienne wahania kursu mierzy się u nas nie w punktach bazowych, jak w cywilizowanym świecie, ale w punktach procentowych, które działają tak samo skutecznie na wyobraźnię przeciętnego człowieka, jak i nieprzeciętnego dealera.A przecież dzienne zmiany kursu nie świadczą o niczym więcej niż tylko o sile popytu i podaży złotego. Na uchwycenie trendu przy kształtowaniu się kursu potrzeba kilku miesięcy. Na ustalenie reference rate trzeba będzie nam tych miesięcy już kilkunastu. Historia dirty floating dopiero się w Polsce rozpoczyna. Dlatego nie sposób na razie powiedzieć, czy osłabienie złotego jest szukaniem takiego poziomu kursu, przy którym da się w długim okresie osiągnąć zrównoważone saldo rachunku bieżącego (fundamental equilibrium exchange rate). A może chodzi wyłącznie o spadek popytu na złote ze strony najbardziej ostrożnych lub najbardziej zdezorientowanych inwestorów? O tym, czy jesteśmy ?w trendzie? czy ?poza trendem?, będziemy mogli powiedzieć coś pewniejszego za kilkanaście tygodni. Rynek jest jeszcze zbyt płytki, by testować skłonność banku centralnego do interwencji. Stąd przyjdzie nam też jeszcze poczekać na pierwsze ?zabrudzenie? czystej płynności kursu.Na razie wiadomo dwie rzeczy: po pierwsze ? ryzyko kursowe poważnie wzrosło, co jest przy obecnym stanie rachunku bieżącego zjawiskiem nad wyraz korzystnym; po drugie ? przestało się tlić chociaż jedno ognisko inflacji w postaci ?pełzającej dewaluacji?, co wobec nie najlepszych prognoz inflacyjnych też ma swoją wartość. Można z pewnością oczekiwać przyhamowania szaleńczej dynamiki narastania długu zagranicznego zaciąganego przez podmioty krajowe sektora niepublicznego. To powinno uspokoić niestrudzonych tropicieli kryzysu walutowego w Polsce. Pierwsze skutki ponoszenia kosztów ubezpieczenia ryzyka kursowego powinny być widoczne za kilkanaście miesięcy, czyli dokładnie wtedy, kiedy informacja o poziomie zadłużenia zagranicznego sektora niepublicznego, gdyby nic się nie zmieniło, trafiłaby nawet do telewizji.Czego natomiast spodziewać się raczej w najbliższym czasie nie należy? Z pewnością przedwczesne byłoby oczekiwanie mniejszego napływu na polski rynek kapitału spekulacyjnego. ?Gorący? jednodniowy pieniądz uwielbia takie jak u nas warunki: najwyższy wśród emerging markets dysparytet stóp procentowych i dirty floating. Kurs będzie bujany przez takie właśnie napływy-odpływy. Nie jest to zjawisko szczególnie niebezpieczne, o ile tylko takie naturalne wahania kursu nie nałożą się na jakieś szczególnie niekorzystne zjawiska polityczne (kłopoty koalicji z sobą samą na dowolnym tle) lub polityczno-ekonomiczne (upadek reformy podatkowej, odwołanie dużych prywatyzacji) lub ekonomicznej (rosnący deficyt na rachunku bieżącym, spadający eksport, rosnący import, uporczywa i przemienna rosnąco-malejąca inflacja).Zmiana reżimu kursowego została w Polsce przeprowadzona wbrew sugestiom zawartym, między innymi, w raporcie przeglądowym Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Tym samym rozstrzygnięty został w końcu problem priorytetów w polityce gospodarczej rządu. Stabilizacja kursu nie jest rzeczą najważniejszą dla Polski. Przynajmniej nie na krótką metę. Nadeszła więc pora na odpowiedź na proste pytanie: co w takim razie jest tym priorytetem?
Janusz Jankowiak