Na początku jest pomysł. W poważnym biznesie za pomysłem idzie rozpoznanie rynku, ocena możliwości i potrzeb kapitałowych, jakiś plan. Nudziarstwo. Podejście niegodne nowych czasów i e-gospodarki. Tak chyba myślą niektórzy przedsiębiorcy lub wynajęci przez nich spece od zarządzania, chwalący się nową strategią, przepraszam, e-strategią. Sądząc po deklaracjach menedżerów wielu firm, klasyczne wręcz planowanie nowych przedsięwzięć chcą oni zastąpić znanym z giełdy ?podłączaniem się? do trendu. Strategia owczego pędu nie jest niczym nowym. Ale w ?starej? ekonomii chaotyczne i pospieszne planowanie mściło się okrutnie. Teraz idzie nowe i będzie inaczej. Bez planu, bez głowy. Byle w sieci. Wydaje się, że tak interpretowane bywa pojęcie ?nowej ekonomii?.Powodem nagłego i masowego zainteresowania ?wchodzeniem? w internet wydaje się, niestety, nie tylko chęć zarabiania. Brzmi to może absurdalnie, ale dla części menedżerów sieć jest znakomitym sposobem na przetrwanie (roku, dwóch, a może nawet trzech lat?). Nie znają się na sieci, ale to nic. Bo właściciele firm także często nie mają o tym bladego pojęcia. I tu właśnie tkwi klucz do sukcesu. Trzeba oczarować akcjonariuszy radosną perspektywą zysków, czekających na odważnych zdobywców cyberprzestrzeni (a ponieważ o potencjale internetu trąbią wszyscy, można podpierać się całą masą bardzo logicznych argumentów). A potem, zastrzegając, że na zyski przyjdzie poczekać (nie wiadomo, jak długo), rozpocząć realizację projektu. Do czasu przedsięwzięcie owo, oprócz generowania kosztów, będzie podtrzymywało nadzieję na świetlaną cyberprzyszłość. Potem, kiedy okaże się, że właściwie nie wiadomo, po co spółka wydała ileś tam milionów, będzie można przypomnieć, że inwestycje w sieć wiązały się z dużym ryzykiem. A menedżer z dumą wpisze do swego życiorysu notkę o realizacji odważnego projektu.Zarządom zaskakująco ławo przychodzi formułowanie mniej lub bardziej ambitnych projektów, których charakter często wychodzi daleko poza obszar ich podstawowej działalności. Bardziej dziwi jednak łatwość, z jaką akcjonariusze ?łykają? cudowne recepty przygotowywane przez zarządy. Co więcej, można odnieść wrażenie, że rynek już tak przyzwyczaił się do sieciowych deklaracji, że wręcz nietaktem byłoby nieuwzględnienie w swych planach akwizycji jakiejś spółki IT, budowanie n-tego portalu czy wortalu lub, przynajmniej, jakieś bliżej nieokreślone ruchy w kierunku e-commerce.Zarządom trzeba patrzeć na ręce. Zwłaszcza w wypadku tak innowacyjnych, ale i kosztownych projektów. Pytać, po co kupują akcje czy udziały w firmach opisywanych mianem ?internetowych?. Co chcą osiągnąć pakując w sieć miliony złotych. Zastanawiać się, czy pieniądze te nie powinny zostać wydane w inny sposób. W przeciwnym razie po kilku latach może się okazać, że cyberprzestrzeń pochłonęła masę pieniędzy, nie przynosząc w zamian nawet satysfakcji.Internet to rewolucja. I wspaniałe narzędzie w rękach kreatywnych menedżerów. Ale wcale nie oznacza, że finansujący projekty sieciowe akcjonariusze mogą zapomnieć o zdrowym rozsądku. Przyda się on także w cyberprzestrzeni. Choćby po to, by nie dać się zrobić w e-konia.

Łukasz Kwiecień