Okiem spekulanta
Wśród ludzi odpowiedzialnych za rozwój naszego rynku kapitałowego generalnie panuje atmosfera zadowolenia z dotychczasowych osiągnięć. Giełda ponoć funkcjonuje dobrze, rynek nie jest przeregulowany. Wszystkim zadowolonym dedykuję ?Wspomnienia gracza giełdowego? Edwina Lefevre.Książka poświęcona jest giełdowej karierze Jesse Livermore?a, jednego z dużych traderów, który działał na rynku amerykańskim na początku XX wieku. Generalnie opowiada o tym, jak facet zarabia i traci pieniądze całymi milionami, zasadach, jakie stosuje itd. Nie jest to rzecz, która rzuca na kolana swoją zawartością merytoryczną, a na dodatek jej przeczytanie doprowadziło mnie do frustracji. Dlaczego? Już wyjaśniam.Zdenerwowała mnie swoboda, z jaką bohater wielokrotnie oświadcza: ?spodziewając się spadków, zająłem krótką pozycję?, ?czując, że z rynkiem jest coś nie tak, dokonałem krótkiej sprzedaży?. Czy można sobie wyobrazić, że sto lat później będą istniały rynki, aspirujące do miana rozwiniętych, na których krótka sprzedaż jest praktycznie niemożliwa?Dość często na łamach książki przewijają się stwierdzenia typu ?makler mi doradził?, ?makler zapytał, dlaczego zająłem taką właśnie pozycję?, ?makler zadzwonił do mnie z pytaniem, dlaczego nie złożyłem zlecenia stop?. Makler to, makler tamto. Aż niedobrze się czasami robi, jak ten makler był nachalny. Nie to co w Polsce, przyjmie zlecenie (pod warunkiem, że nie będzie to zlecenie stop) i słowem się nie odezwie.Livermore nie tylko zarabiał pieniądze, ale także je tracił. Gdy był przekonany o kierunku trendu, potrafił zaangażować całość posiadanych środków, więc zdarzało się czasem, że przegrywał wszystko. Wypadał facet z rynku i co, koniec? Nic z tych rzeczy. Biura maklerskie pożyczały mu pieniądze, pomimo że nie posiadał żadnego majątku ani zabezpieczeń, tak przynajmniej wynika z książki. I nie robiły tego z pobudek altruistycznych, ale dlatego, że wierzyły, iż to zdolny gracz i odrobi straty z nawiązką. A inwestor to obrót i prowizje ? jednym słowem, pieniądze dla biura. Już wtedy mądrzy ludzie za Atlantykiem wiedzieli, że właśnie INWESTOR jest zdecydowanie najważniejszym podmiotem na rynku.Po przeczytaniu wspomnień Jesse Livermore?a nasuwa się dość ponury wniosek, że trudniej zarabiać pieniądze w Polsce dziś niż sto lat temu w Ameryce, a przecież obowiązujące obecnie na rozwiniętych rynkach standardy są już zupełnie inne niż sto lat temu. Przede wszystkim zaczyna być dominujący obrót elektroniczny w czasie rzeczywistym, co należy rozumieć tak: inwestor dzierżawi terminal od biura maklerskiego, który umożliwia mu obserwację notowań i składanie zleceń. Abyśmy te standardy osiągnęli, potrzeba dość istotnego przyspieszenia zachodzących zmian i, przede wszystkim, rewolucji w postrzeganiu roli inwestora na giełdzie. Instytucje organizujące obrót na rynku powinny skoncentrować swoje działania na zapewnieniu inwestorowi jak najlepszego i najtańszego dostępu do informacji. Pod pojęciem informacji mam tu na myśli przede wszystkim przebieg notowań, a nie wiadomości pochodzące od spółek. To, że gracz jest zasypywany tysiącem newsów o podpisanych umowach, wynikach finansowych, zmianach w zarządzie itp., niewiele poprawia jego sytuację, bo i tak na rynku znajdzie się całe mnóstwo ludzi, którzy będą takie rzeczy wiedzieli dużo wcześniej. Choćby zarządzający firmą, maklerzy, dziennikarze. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: utrzymanie równości dostępu do wiadomości w takim sensie jest mrzonką. Nie mówiąc już o tym, że zbyt restrykcyjne wymogi informacyjne mogą utrudniać działanie firmy, zniechęcając ją do bycia spółką publiczną.Podsumowując, trzeba oderwać się trochę od europejskiego sposobu myślenia o rynku (nie tylko kapitałowym), gdzie pełno zezwoleń, koncesji i ograniczeń. O tym, że taki model nie sprawdza się najlepiej, świadczy choćby porównanie wyników gospodarki amerykańskiej i europejskiej. Dajmy inwestorowi dostęp do notowań, zapewnijmy jak najlepszą obsługę, edukujmy go, ale nie ogranjmy mu swobody wyboru, niech sam decyduje, co zrobić ze swoimi pieniędzmi.
TOMASZ JÓŹWIK