Okazuje się, że powrót dyskusji o ewentualnym zniesieniu państwowej dotąd licencji przyciąga do testów więcej osób. O?szlify maklerskie walczyć będą 463 osoby. To największa liczba zapisanych od egzaminu organizowanego wiosną 2010 r. – kiedy rozgorzała debata o sensowności utrzymywania dotychczasowego sposobu sprawdzania kwalifikacji.
Dla porównania – do ostatniego egzaminu w październiku 2011 r. podeszło 348 osób.
Rośnie także liczba kandydatów na uprawnienia doradcy inwestycyjnego. W pierwszym etapie (jest ich trzy) startują 124 osoby. Jesienią kandydatów było 101.
Nowa odsłona sporu, czy licencje są potrzebne, to pokłosie reformy deregulacyjnej rozpoczętej przez ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Obecnie domy maklerskie muszą zatrudniać dwóch maklerów, TFI – jednego lub dwóch doradców zależnie od prowadzonej działalności. To stwarza popyt na licencjonowanych pracowników, szczególnie w nowo tworzonych instytucjach. Zdaniem przedstawicieli firm inwestycyjnych regulacje zawodowe są jednak archaiczne i często okazuje się, że działalnością kluczową z punktu widzenia interesu klientów zajmują się osoby bez licencji.
Izba Domów Maklerskich proponuje więc, aby wprowadzić rejestrację pracowników biur maklerskich, a dodatkowo zwiększyć zakres stanowisk wymagających ekspertów z państwowym egzaminem.
Maklerzy przypominają, że nie oznacza to odcięcia dostępu do kariery młodych osób – wręcz przeciwnie. – Sprawdzian kosztuje 500 zł, a pytania są podobne od lat – mówią. Nie brakuje jednak głosów, że testy – szczególnie w wypadku egzaminów na doradcę inwestycyjnego – są bardzo trudne i nie przystają do potrzeb rynku.
Komisja Nadzoru Finansowego zapowiedziała już, że będzie broniła państwowych egzaminów, dopóki nie powstanie koncepcja testów branżowych – m.in. z uwagi na możliwość karania giełdowych oszustów odebraniem licencji.
Lista maklerów papierów wartościowych liczy obecnie ponad 2,5 tys. osób. Doradców inwestycyjnych jest 383.