Ostatnie dni nie były dobrym czasem na tworzenie długoterminowych prognoz. Sytuacja na świecie zmieniała się bowiem bardzo szybko. Spór o Grenlandię i groźba powrotu wojny handlowej między USA a Unią Europejską sprawiły, że część komentatorów wpadła w histeryczno-apokaliptyczny ton. Znów słychać było komentarze o „upadku amerykańskiej hegemonii”. Królował ogólnie handel „sprzedawaj Amerykę”. Tracił więc dolar, taniał bitcoin (przez ostatni rok coraz częściej zaliczany do „amerykańskich” aktywów), rosły rentowności obligacji rządowych z USA, a złoto i srebro ustanawiały kolejne rekordy. Inwestorów elektryzowały doniesienia o tym, że duński fundusz emerytalny postanowił się pozbyć portfela amerykańskich obligacji. Szybko jednak doszło do zmiany nastrojów. Prezydent USA Donald Trump porozumiał się z przywódcami europejskimi w sprawie Grenlandii. Z wstępnych doniesień wynika, że to porozumienie będzie korzystne dla USA. Okazało się więc, że transatlantyckiej wojny handlowej nie będzie, a groźby Trumpa były tylko elementem taktyki negocjacyjnej. (Niektórzy analitycy twierdzą, że prezydent USA złagodził stanowisko w reakcji na wyprzedaż amerykańskich obligacji. Ta wyprzedaż była jednak o wiele mniejsza niż w kwietniu 2025 r.) Niezależnie od przyczyny tego zwrotu, wróciła na globalnych rynkach wiara w amerykańskie aktywa. Jednak burzliwy okres dla dolara jeszcze się nie skończył. W tym tygodniu Trump może ogłosić nazwisko nowego prezesa Fedu. Amerykański bank centralny ma podjąć w środę decyzję dotyczącą polityki pieniężnej, a sporą niewiadomą pozostaje to, czy Sąd Najwyższy uzna cła nałożone w zeszłym roku przez Trumpa za legalne. Przekładał on już orzeczenie w tej sprawie, a najbliższym możliwym terminem jego wydania jest 20 lutego. Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, uspokaja jednak, że jest mało prawdopodobne, by Sąd Najwyższy przekreślił jeden z głównych elementów polityki gospodarczej obecnej administracji.