Benedicta Rogersa trudno nazwać „wrogiem narodu chińskiego”. Jest on bowiem postacią zafascynowaną Chinami. Po raz pierwszy udał się do Państwa Środka ponad 30 lat temu. Długo tam mieszkał i pracował. Wiele lat spędził również w Hongkongu jako dziennikarz. Już samo to, że ktoś tak blisko związany z Chinami pisze książkę pod tytułem „Chińska sieć zła”, jest czymś, co daje do myślenia.
Rogers drobiazgowo przytacza w swojej pracy fakty, które pokazują, jak bardzo Chiny zostały zatrute ideologią totalitarną. Pisze o łamaniu praw człowieka, urzędniczym bezprawiu, paranoicznej cenzurze, prześladowaniu wyznawców różnych religii, Tybetańczyków czy Ujgurów, o miażdżeniu wolności w Hongkongu czy wspieraniu reżimów w Korei Płn. i Mjanmie. Wiele przytoczonych przez niego informacji już znałem, ale mimo to są w jego książce fragmenty, które mnie zaskoczyły i zszokowały. Rogers do swojej narracji wplata osobiste wspomnienia, pokazujące, jak mocno zmieniły się Chiny w ciągu ostatnich trzech dekad. Czy te zmiany to wina Xi Jinpinga, obecnego chińskiego przywódcy?