Od niedawna jednak ta dyscyplina przyciąga właścicieli innego pokroju. Szczególnie dotyczy to angielskiej Premier League, gdzie wyceny klubów poszły w górę. Z powodu większej pewności finansowej stały się one bardziej atrakcyjne dla inwestorów, ale wychodzenie z takiego biznesu wciąż wiąże się z wieloma zagrożeniami.
Już jedna czwarta z 20 klubów Premier League ma właścicieli wywodzących się z amerykańskiej branży private-equity.
Na przykład, Silver Lake ma 10 proc. udziałów w City Football Group, która jest właścicielem Manchester City Football Club, a Wes Edens, założyciel Fortress Investment Group , jest współwłaścicielem Aston Villa Football Club.
Kupujący zwykle nie chcą zdradzić, dlaczego inwestują w określony klub. Wolą mówić o niezrealizowanym potencjale sportowym niż zdolności do wyrwania więcej pieniędzy od kibiców.
Ale, jak pisze Bloomberg, pomysł na biznes wygląda dość prosto. Polega na zwiększaniu przychodów z działalności komercyjnej, szczególnie w Azji i USA i nadziei, że dochody z praw telewizyjnych nadal będą rosnąć.
Problemem piłkarskiego biznesu jest to, że ze wzrostem przychodów nie zawsze idą w parze zyski. W okresie minionych dziesięciu lat przychody Manchester United stale rosły i zwiększyły się o 75 proc. do 627 milionów funtów (821 mln dolarów), ale wynik finansowy był zmienny. W 2009 MU miał na plusie tylko 5,3 mln funtów, w następnym roku zaś było 48 mln funtów straty. W minionym roku finansowym zysk sięgał 19 mln funtów.
Łatwiej jest uzasadnić kupno mniejszego klubu na dorobku niż drużyny z górnej półki. Dobrym przykładem są Crystal Palace i West Ham mające właścicieli z branży private–equity.