Pogląd ten jest w dużej mierze uzasadniony. Jednak niepewność i napięcia w tym sektorze, jakie możemy obserwować w ostatnich tygodniach, wynikają raczej z negatywnego sentymentu na szerokim rynku, połączonego z uwydatnieniem strukturalnych ograniczeń tego segmentu.
Na chwilę obecną, obserwując zachowanie m.in. CDS-ów, agencji ratingowych tudzież inne aspekty pozycjonowania się rynku, nic nie wskazuje na to, aby inwestorzy spodziewali się fali bankructw czy kryzysu. Można natomiast zaobserwować przygotowywanie się na okres kilku miesięcy, a nawet kwartałów, podwyższonej zmienności – utrzymującej się jednak w stosunkowo wąskim kanale cenowym.
Jest to dla wielu niepożądane, jednak w pełni oczekiwane zachowanie rynku w kontekście niepokojów handlowych i geopolitycznych, jakie obserwujemy. Nie zmienia to jednak faktu, że rynek solidnie przecenił spółki zaangażowane w kredyt prywatny. Pytanie brzmi: czy miał ku temu powód?
Powodów jest kilka – żaden z nich nie oznacza jednak kryzysu (choć też go nie wyklucza). Rynek kredytu prywatnego cieszył się kredytem zaufania inwestorów, wspartym tezą o wzroście sektora dzięki większemu zaangażowaniu w niego m.in. inwestorów detalicznych. Ten kredyt jednak nigdy nie mógł zostać „spłacony”, bo teza ta nie miała realnych szans powodzenia – a dziś widzimy tego rezultaty.
Rynek kredytu prywatnego z założenia jest rynkiem niepłynnym, co fundamentalnie nie współgra z preferencjami inwestorów detalicznych. Spółki zajmujące się takimi instrumentami finansowymi przez pewien czas mogły robić dobrą minę do złej gry, jednak w obliczu pojawiających się problemów musiały przestać udawać, że są czymś, czym nie są, i faktycznie ograniczać odpływ środków w celu zachowania spójności modelu biznesowego.