Połączenie inflacji i spowolnienia gospodarczego, a nawet recesji, znów przywołuje na myśl złowrogie pojęcie stagflacji. Rezerwa Federalna zdaje się być mocno zdeterminowana, żeby stłumić tempo wzrostu cen, nawet kosztem przyhamowania koniunktury czy przymknięcia oka na inny swój ważny cel, czyli dbanie o utrzymanie stanu pełnego zatrudnienia. Trudno się temu dziwić, skoro inflacja w Stanach Zjednoczonych coraz bardziej się rozkręca. W czerwcu CPI wyniosła 9,1 proc., a inflacja producencka skoczyła do 11,3 proc. Jednocześnie wyższa niż się spodziewano była liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, a z beżowej księgi Fedu wyraźnie wynika, że obawy przed recesją są bardzo poważne. Nic więc dziwnego, że dolar jest najsilniejszy od 20 lat i zrównał się z euro, a rentowność amerykańskich obligacji skarbowych idzie w dół, mimo jastrzębiego nastawienia Rezerwy Federalnej, potwierdzając obawy przed spowolnieniem w gospodarce. W tych warunkach nie powinny także dziwić spadki nie tylko na Wall Street, ale także na zdecydowanej większości pozostałych parkietów.