REKLAMA
REKLAMA

Biznes i sport

PGE płaci jak na Zachodzie

Biznes i sport › Francuz Nikola Karabatić i Duńczyk Mikkel Hansen to najlepiej zarabiający piłkarze ręczni na świecie. Solidną pensję można wynegocjować też w naszym kraju, o czym wie Niemiec Andreas Wolff. Ale koronawirus wszystkim szkodzi.
Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak

Niemiecki bramkarz latem 2019 roku został bohaterem największego transferu w dziejach polskiej piłki ręcznej. Wolff zamienił najlepszą ligę świata i najbardziej utytułowany niemiecki klub THW Kiel na Polskę oraz PGE Kielce, choć miał też podobno oferty z Telekomu Veszprem i Paris-Saint Germain, czyli najbogatszego klubu.

– Za naszą zachodnią granicą to będzie megahit. Superwydarzenie – mówił wówczas prezes mistrzów Polski Bertus Servaas. – To tak, jakby z Bayernu Monachium odszedł Manuel Neuer – dodawał dziennikarz niemieckiego SkySports Denis Bayer. A trener Tałant Dujszebajew podkreślał: – To największy transfer od momentu, kiedy zostałem trenerem kieleckiej drużyny.

Kielczanie pozyskanie Wolffa ogłosili już w październiku 2017 roku, a więc blisko dwa lata przed jego przeprowadzką. Niemiec umówił się podobno na zarobki w wysokości 40 tys. euro miesięcznie, ale nie wiadomo, ile wynoszą obecnie, bo od momentu podpisania kontraktu przez doświadczonego bramkarza zawodnicy PGE dwukrotnie godzili się na grupową obniżkę pensji.

Mistrzowie Polski pierwszy kryzys finansowy przeżyli dwa lata temu, kiedy w ostatniej chwili ze wsparcia klubu wycofał się duży sponsor. – Ktoś zapewnił mnie, że zapłaci, a tak się nie stało – wyjaśniał później Servaas. Kolejną renegocjację umów wymusiła na klubie pandemia koronawirusa i także w tym przypadku zawodnicy solidarnie przystali na zmiany.

Dziś klub z Kielc dopina budżet. Pandemia sprawiła, że ze sponsorowania zrezygnowała firma VIVE, której biznes opiera się na eksporcie używanej odzieży, a finansowe braki Servaas próbuje zasypać dzięki internetowej zrzutce oraz sprzedaży karnetów. Kwestią czasu jest też podobno podpisanie umowy z nowym sponsorem tytularnym, który pojawi się w nazwie drużyny.

Budżet, jakim dziś dysponują kielczanie, daje im podobno miejsce na przełomie drugiej i trzeciej dziesiątki w Europie – tak utrzymuje trener Dujszbajew. Wolff pod względem wysokości kontraktu według handball-planet.com jest na Starym Kontynencie czwarty, ale możliwe, że zestawienie bierze pod uwagę pensje zawodników sprzed pandemii i obecnie Niemiec straciłby co najmniej kilka lokat.

Liderami są gwiazdorzy PSG, Karabatić oraz Hansen – obaj miesięcznie zarabiają po 60 tys. euro. Połową tej kwoty muszą zadowolić się zawodnicy THW Kiel: Norweg Sander Sagosen, Chorwat Domagoj Duvnjak i Duńczyk Niklas Landin. Dwóch reprezentantów w czołowej dziesiątce ma też FC Barca Lassa, dla której grają Islandczyk Aron Palmarsson i Chorwat Luka Cindrić, a blisko czołówki jest prawdopodobnie inny kielczanin, syn trenera, Alex Dujszebajew.

Topór nad Bundesligą

Możliwe, że kryzys finansowy wywołany pandemią wpłynie na pensje wszystkich gwiazd. Kłopoty mogą mieć zwłaszcza kluby Bundesligi, dla których istotną częścią budżetu są wpływy z dnia meczowego, a zamknięte trybuny zysku przecież nie przynoszą.

Krajowe rozgrywki dla wielu ekip są u naszych zachodnich sąsiadów ważniejsze niż rywalizacja w Europie. Przykład rozłożenia priorytetów dały władze Rhein Neckar Lowen, którzy dwa lata temu – kiedy spotkanie 1/8 finału Ligi Mistrzów z PGE Kielce przyszło im grać tego samego dnia, co hit Bundesligi przeciwko THW Kiel – przysłali do Polski trzecioligowe rezerwy i przegrali 17:41.

Liga Mistrzów to okno wystawowe, możliwość zarobku na sprzedaży biletów oraz pole do promocji sponsorów. Nagrody finansowe są kiepskie, o czym przekonali się kielczanie, którzy w mistrzowskim sezonie 2015/2016 zarobił dzięki premiom za wyniki 835 tys. euro.

Ten rok nie przyniesie polskim zespołom dużych zysków, bo Europejska Federacja Piłki Ręcznej (EHF) w związku z pandemią przerwała rozgrywki i przyznała awans do turnieju Final Four najlepszym drużynom fazy grupowej. To zabolało o tyle, że choć premie nie ścinają z nóg, to zarówno PGE, jak i Orlen Wisła Płock przy okazji meczów domowych mogły zarobić po 35–40 tys. euro.

Turniej finałowy odbędzie się w ostatni weekend grudnia. EHF chce go zorganizować za wszelką cenę z udziałem kibiców, bo dla federacji to najbardziej dochodowa impreza sezonu. Przyznanie awansów bez rozgrywania fazy pucharowej sprawiło, że o trofeum powalczą zespoły najbardziej medialne: THW, Barca, Veszprem oraz PSG. Pozostali uczestnicy LM dostaną po 25 tys. euro rekompensaty.

Zarobki pucharowiczów wzrosną od nowego sezonu, wraz z reformą rozgrywek. Skład fazy grupowej LM będzie okrojony z 28 do 16 drużyn, a uczestnicy już za sam start skazują 210 tys. euro, czyli ponadtrzykrotnie więcej niż obecnie. Pieniądze będzie można dostać za każdy punkt, dodatkowo premiowane będą sukcesy wyjazdowe, a zdobycie trofeum wyceniono na milion euro.

Nie chcą pucharów

Jesienią w elicie zagra tylko jeden polski klub – PGE Kielce. Orlen Wisła ma pewny udział w mniej prestiżowej Lidze Europejskiej, o awans do niej powalczą Azoty Puławy. Teoretycznie szansę pokazania się na międzynarodowej arenie mógłby dostać Górnik Zabrze, ale porzucił ten pomysł ze względów finansowych. Władze klubu zniechęciło 20 tys. euro wpisowego oraz konieczność wynajęcia większej hali w cenie 100 tys. zł za mecz.

– Chcieliśmy wziąć udział w rozgrywkach, ale koszty mogłyby zagrozić dalszemu funkcjonowaniu klubu i odbić się na zawodnikach. Oczywiście: moglibyśmy nie płacić regularnie i zagrać w Lidze Europejskiej dzięki zadłużeniu u piłkarzy, ale w tak trudnej sytuacji gospodarczej, nie widząc końca zagrożeń ekonomicznych, byłoby to co najmniej nieodpowiedzialne – wyjaśnia prezes klubu Bogdan Kmiecik.

Kobiecą PGNiG Superligę jesienią w pucharach reprezentować będzie tylko MKS Perła Lublin, rywalizację odpuściły za to KPR Gmina Kobierzyce, Młyny Stoisław Koszalin oraz Metraco Zagłębie Lubin. Prezes Witold Kulesza to prawnik, który umie liczyć pieniądze i szybko doszedł do wniosku, że w Zagłębiu puchary się nie opłacają, bo w przypadku awansu do fazy grupowej kosztowałoby to nawet 600–700 tys. zł (kaucja, koszty wyjazdów, sędziów czy organizacji meczów).

Niechęć do nadprogramowych wydatków w dobie koronawirusa nie jest przypadłością polską, z pucharów rezygnują także zagraniczne kluby: niemieckie S.C. Magdeburg i TSV Hannover-Burgdorf, hiszpański CB Ciudad de Logrono czy serbski RK Vojvodina. To znak, że debiutujące w tym sezonie rozgrywki Ligi Europejskiej opłacają się przede wszystkim samej EHF, a klubom – już niekoniecznie.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA