Jaką skalę sztormu przewiduje Pan w polskiej, europejskiej i szerzej – globalnej – gospodarce?

Tej skali może zabraknąć w przyszłym roku. Wszystkie wskaźniki pokazują, że możemy się spodziewać tego, o czym mówiliśmy już kilka miesięcy temu, a mianowicie długotrwałej recesji. Będzie bardzo trudno znaleźć jakieś środki zaradcze. W każdym kryzysie jest miejsce na awangardę, tak więc i teraz musimy posiłkować się dotąd nieznanymi metodami, które pozwolą spowolnić recesję i napędzić inwestycje.

I to niezależnie od miejsca wystąpienia recesji na globie?

To będzie zróżnicowane zjawisko. Już teraz widzimy to na przykładzie różnych wskaźników inflacyjnych. Tam gdzie napływały środki w sposób niekontrolowany do gospodarki, w różny sposób np. poprzez dotacje państwowe czy środki okołobudżetowe, tam kraje radzą sobie dużo gorzej z walką z inflacją. Wydaje się, że np. w USA czy w Wielkiej Brytanii poziom inflacji będzie kontrolowany i nie dojdzie do takiej sytuacji, jak w Turcji, gdzie mamy inflację dochodzącą do 200 proc.

W ostatnich tygodniach zastraszająco wyglądają wykresy z cenami prądu w Niemczech czy we Francji. Obserwujemy tam wręcz hiperbolę. To zła wróżba.

W Niemczech taka sytuacja mnie nie dziwi. Wiemy, jak w ostatnich latach wyglądała tamtejsza struktura energetyki. Niemcy niemal walkowerem oddali konwencjonalny rynek energii na rzecz importu energii. Francja natomiast wydawała się być najlepiej przygotowana, mając dobrze rozwiniętą politykę jądrową. Patrząc z góry na politykę energetyczną w Europie wzrost cen jest nieunikniony. Oby tylko to się nie przerodziło w ubóstwo energetyczne.

Na początku ubiegłego roku niewielu ekonomistów przewidywało tak wysoką i trwałą inflację w Polsce. Na początku tego roku niewielu dostrzegało ryzyko stagflacji, które właśnie się materializuje. Obecnie mówi się o spowolnieniu lub technicznej recesji. Znów większość się pomyli? Trudno dzisiaj chyba celnie prognozować?

Rzeczywiście, jeszcze kilka miesięcy temu tylko najwięksi pesymiści prognozowali recesję. Staramy się znaleźć środki zaradcze, które znamy ze starej gospodarki. Obecnie mamy świat, który wymyka nam się spod kontroli. Wracając do terminologii żeglarskiej, jeśli mamy sztorm w gospodarce i kilka niekorzystnych czynników, jak wysoka fala czy złe nastawienie do wiatru, to bardzo trudno zatrzymać recesję. I jeszcze jedna rzecz. Unikamy jak ognia słowa bezrobocie. Niewiele mówi się też o kwestii wygaszania inwestycji przed firmy. Nie wyobrażam sobie, aby w 2023 roku jakiekolwiek przedsiębiorstwo prywatne inwestowało nieograniczone środki (np. w nowe technologie), przy takim wzroście kosztów, jak obecnie.

Trzeba się przygotować na dwa-trzy lata trudniejsze w gospodarce, w trakcie których trzeba odrobić wszystkie lekcje zaniedbane przez co najmniej dekadę.

Jeśli ten scenariusz się sprawdzi, to chyba nie ma innej możliwości, aby nie ucierpiał rynek pracy?

Rynek pracy już jest dotknięty. Przez wiele lat mieliśmy rynek pracownika. Teraz pracodawcy mówią: stop. Rachunek ekonomiczny nie pozwala już, aby pracownik był gratyfikowany w sytuacji, gdy jego pracodawca ma niekontrolowalny wzrost pozostałych kosztów.

W latach 2007-2008 też mieliśmy globalny kryzys gospodarczy. Zaczęło się niewinnie, ale rok później upadł amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers, który wręcz zamroził rynek finansowy. Czy taki scenariusz jest możliwy teraz?

Krytycznym momentem będą drugi i trzeci kwartał przyszłego roku. Czy historia z 2008 roku się powtórzy? Trochę już dzisiaj się to dzieje, o czym niewiele mówi się publicznie. Mamy chociażby upadek dużego dewelopera w Chinach, co dla tamtejszej gospodarki znaczy dużo więcej, niż upadek dużego banku w świecie anglosaskim. W świecie finansowym część rzeczy jest nieprzewidywalna. Nie wiemy do końca, ile aktywów nie poradzi sobie z dzisiejszą, agresywną polityką banków centralnych.

Przechodząc do prognoz dla rynków akcji, obligacji i surowców… Wobec zbliżającego się sztormu dzisiaj chyba lepiej być pesymistą i mieć tzw. pozycje krótkie na światowe indeksy czy surowce. Czy tak?

Spekulacyjnie – tak. Z punktu widzenia długoterminowego inwestora, w tym instytucjonalnego, pozycje krótkie chyba nie będą się opłacać. Obserwujemy spadki indeksów i urealnienie wycen na giełdach. Trzeba to przetrzymać. Cierpliwość nagradza tych, którzy nie uciekają w panice.

Gdzie przeczekać trudniejsze chwile na giełdach? Są jakieś ciekawe, odporne branże?

Kryzys to dobry czas na nowe pomysły. Dlatego postawiłbym na nowoczesną energetykę. Po drugie postawiłbym na kwestie biotechnologiczne, nowoczesnej medycyny. I po trzecie – e-commerce. Nie straszyłbym też spółki bessą na rynku IPO. Paradoksalnie, mamy dobry czas, aby na spokojnie przygotować się na giełdowy debiut i ofertę publiczną, które można zorganizować za kilka, kilkanaście miesięcy.

Pytanie o krajowy rynek obligacji korporacyjnych. Gwałtownie rosną koszty obsługi długu. To ryzyko?

Największy problem i ryzyko to wykup w terminie obligacji. To już dzisiaj obserwujemy. Na miejscu inwestorów uważałbym na emitentów, którzy oferują bardzo wysokie oprocentowanie obligacji. O sektor bankowy byłbym ostrożny, podobnie z deweloperami. W dobrej sytuacji są emitenci związani z rynkiem surowców.

Jakie są perspektywy rynku surowców. W obliczu recesji będą tanieć? Czy wojna na Wschodzi to uniemożliwi?

Rynek surowców zaskakuje nad niemal od początku pandemii. Złoto trochę rozczarowuje. Wcześniej, w podobnych okolicznościach, błyszczało. Miedź i srebro tanieją przez słabnące wskaźniki gospodarcze, zwłaszcza w Azji.

Kończąc naszą rozmowę przyzna Pan, że w ostatnich kilku latach tych czarnych łabędzi jest nadspodziewanie wiele.

Kiedyś to pojęcie było rzadkie, podobnie jak biały kruk. Teraz spowszechniało. Czekamy więc, co będzie następnym globalnym czarnym łabędziem.