We Włoszech wrócił skandal finansowy sprzed 18 lat

Włoski sąd najwyższy orzekł, że Consob ? tamtejsza komisja papierów wartościowych i jej urzędnicy mogą być odpowiedzialni za skandal finansowy, do którego doszło w 1983 roku.

Wtedy to finansista Vincenzo Cultrera sprzedawał akcje firmy turystycznej i w prospekcie emisyjnym jej wartość określił na 44 mld lirów. W rzeczywistości kapitał spółki wynosił jedynie 20 mln lirów, a w dodatku część nieruchomości wymienionych w prospekcie jako aktywa firmy w ogóle do niej nie należała. O tym wszystkim pisała zresztą włoska prasa i to wtedy, gdy prospekt był właśnie przygotowywany. Mimo tych oczywistych niezgodności, Consob przyjęła prospekt na tej podstawie, że zawierał on wszystkie wymagane informacje.Spółka zbankrutowała, a inwestorzy wystąpili na drogę sądową, twierdząc, że aprobata Consobu dawała im pewną gwarancję, iż prospekt jest prawidłowy. Po przegraniu dwóch rozpraw przed sądami cywilnymi odwołali się do sądu najwyższego, a ten 3 marca orzekł, że mogą domagać się odszkodowań od Consobu i jej ówczesnych urzędników. Sprawa będzie ponownie rozpatrywana przez sąd apelacyjny w Mediolanie.Sądy cywilne niższych instancji oddaliły skargi powodów na tej podstawie, że rola Consobu ogranicza się jedynie do sprawdzenia, czy prospekt zawiera wszystkie potrzebne informacje. Natomiast sąd najwyższy orzekł, że Consob i jej urzędnicy ponoszą odpowiedzialność, gdy na pierwszy rzut oka widać, że są dowody, które pozwalają komisji odrzucić prospekt.Być może już wtedy Consob doszła do podobnych wniosków, bo od 1983 roku zasadniczo zmieniła się procedura zatwierdzania prospektów. Teraz wszystkie dokumenty spółki muszą sprawdzać zewnętrzni audytorzy, a po nich również banki gwarantujące emisję i ich prawnicy. Jednak orzeczenie sądu, że komisja musi sprawdzać prawdziwość oświadczeń zawartych w prospekcie, bardzo zaniepokoiło niektórych prawników i samą Consob.Jest bowiem kilka spraw z odległej przeszłości, które znowu mogą wrócić na wokandę i sprawić komisji problemy, ale jest też co najmniej jedna, zupełnie niedawna pierwotna oferta publiczna, która może być równie kłopotliwa.Otóż akcjonariusze Freedomland, telewizji interaktywnej, która przeprowadzała emisję akcji w kwietniu ub.r.,czekają na wyniki sądowego dochodzenia, które ma wyjaśnić, czy spółka nie wyolbrzymiła liczby abonentów, posiadanych przez nią w czasie pierwotnej oferty publicznej. Sąd może bowiem orzec, co nie jest pewne, ale po wyroku sądu najwyższego wielce prawdopodobne, że Consob powinna sprawdzić umowy spółki z każdym z 62 tys. abonentów, których Freedomland miał mieć w czasie IPO. To wymagałoby zatrudnienia o wiele liczniejszego personelu niż 390 osób pracujących obecnie w biurach Consobu w Rzymie i w Mediolanie. ? Sądzę, że sądy zdadzą sobie w końcu sprawę, że odpowiedzialność spoczywa przede wszystkim na tych, którzy dopuszczają się nadużycia ? powiedział jeden z urzędników mediolańskiej giełdy. ? Ale przy systemie sądowniczym, który potrzebuje 18 lat na podjęcie decyzji, nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć ? dodał.Urzędnicy Consobu wyrażają umiarkowany optymizm co do tego, że decyzja sądu najwyższego nie będzie miała długotrwałych reperkusji. Na rynku pojawiły się jednak obawy, że teraz procedura zatwierdzania prospektu może w komisji trwać o wiele dłużej niż dotychczasowe dwa miesiące.Nie wyklucza się też, że inwestorzy rozwścieczeni rynkową dekoniunkturą, będą przed sądami dochodzić odszkodowań za straty na giełdzie, chcąc upewnić się, czy przed kupieniem akcji w czasie IPO byli dobrze informowani przez prospekty zatwierdzane przez komisję.

J.B., ?Financial Times?