Wiceprezes Zarządu Pekao SA Igor Chalupec
Jest Pan osobą, która karierę zawodową rozpoczynała w momencie uruchamiania warszawskiej giełdy. Jak Pan wspomina tamte pionierskie czasy?Pracę w Pekao SA zacząłem 1 stycznia 1991 r. Po dwóch miesiącach zostało uruchomione biuro maklerskie, którego zostałem szefem. Działaliśmy w prymitywnych warunkach, ale już na starcie mieliśmy ok. 30 tys. klientów. Był to dla nas ogromny wysiłek.Kulminacja napięcia nastąpiła 16 kwietnia, w dniu, w którym po raz pierwszy miało dojść do zawarcia giełdowych transakcji. Staliśmy w czerwonych szelkach i z niecierpliwością czekaliśmy na faksy ze zleceniami z naszych POK-ów. Gdy pojawiły się pierwsze zlecenia, było to niesamowite wrażenie. Było ich jak na dzisiejsze warunki bardzo mało. Później, po odprawie, wszyscy poszliśmy na parkiet.Czy miał Pan wówczas licencję maklera?Wtedy nikt w Polsce nie był licencjonowanym maklerem. Podobnie jak wiele znanych dzisiaj na rynku kapitałowym osób, skończyłem wcześniej historyczny pierwszy kurs maklerski w Ryni.Odbył się on dwa miesiące wcześniej, gdy wiele kwestii dotyczących konstrukcji i regulacji rynku kapitałowego nie było jeszcze ostatecznie rozstrzygniętych. Ponoć jeden z wykładowców, prof. Boruń, powiedział wówczas, że makler jest w Polsce zawodem pionierskim, a pionierzy ? jak uczy historia ? bardzo często kończą z nożem w plecach.Tak naprawdę ten kurs był kursem wiedzy o rynku kapitałowym i uczestniczyły w nim również osoby, które nigdy maklerami nie zamierzały zostać. Zdałem egzamin maklerski w czerwcu. Chciałem wówczas sprawdzić swoją wiedzę. Egzamin nie był mi potrzebny do tego, by pełnić funkcję dyrektora biura, ale uznałem, że będę po nim lepiej wiedział, czego wymagać od zatrudnianych pracowników. Ponieważ w pierwszym okresie mało osób miało licencję maklerską, w latach 1991?93 byłem zarejestrowany na GPW jako makler giełdowy i makler-specjalista. Do dzisiaj mam obie te plakietki.Czy zachował Pan także czerwone szelki, w których na inauguracyjnej sesji wystąpili pracownicy biura maklerskiego Pekao SA?Tak. Myślę, że wszyscy ?starzy? maklerzy je mają. Część z nich założyła je na uroczystości pożegnania w ubiegłym roku starego systemu giełdowego.Jak potoczyły się losy tych kilkunastu osób, które brały udział w pierwszym giełdowym fixingu? Ile z nich związało się na dłużej z rynkiem kapitałowym?Większość wykorzystała udany start i zrobiła karierę.Które momenty w 10-letniej historii warszawskiej GPW utkwiły Panu szczególnie w pamięci?Bardzo trudne momenty przeżyliśmy w 1994 r., gdy po okresie hossy nastąpił krach. Widzieliśmy problemy inwestorów, ich przeżycia i tragedie. Z punktu widzenia odpowiedzialności uważam jednak, że był to czas znacznie gorszy dla Zarządu Giełdy i jej pracowników niż dla nas. To Zarząd GPW zdecydował o zniesieniu widełek na sesji, kiedy rzeczywiście nikt nie wiedział, co się zdarzy. Wtedy napięcie sięgało zenitu.Wcześniej przeżyliśmy okres niesamowitej hossy. Byliśmy na ustach wszystkich. Przed POK-ami ustawiały się długie kolejki osób chcących złożyć zlecenie. Trudno było to wszystko ?przerobić?. Dzisiaj wszyscy modlą się o powrót takiego zainteresowania giełdą. Trudno sobie obecnie wyobrazić, że były czasy, w których biura broniły się przed nowymi klientami i wprowadzały limity dla otwierających rachunki. Obecnie na GPW mamy bardzo nowoczesny system transakcyjny. Znacznie mniejsze jest jednak zainteresowanie giełdą wśród drobnych inwestorów. Co należy zrobić, by rynkowi przywrócić dawną świetność? Czy jest to w ogóle możliwe?Istnieją dwa strukturalne problemy. Pierwszym jest sposób sprzedaży produktów giełdowych. Potrzebne są takie zmiany, które sprawią, że staną się one bardziej dostępne. Funkcjonujący przez 10 lat monopol biur maklerskich jako pośredników powinien być nieco zmieniony. W sprzedaży usług rynku kapitałowego (np. jednostek uczestnictwa, obligacji), a także zakładaniu rachunków inwestycyjnych powinna uczestniczyć znacznie większa grupa. Dzięki temu dostępność oferty będzie znacznie szersza. Drugą rzeczą jest jakość naszego rynku, który, podobnie jak gospodarka, zaczyna nabierać cech rynku peryferyjnego. Notowane spółki w coraz większym stopniu stają się częściami wielkich, ponadnarodowych koncernów i ich los jest z nimi ściśle powiązany. Często kreowanie wartości takiej spółki na polskiej giełdzie nie jest głównym celem zagranicznego konglomeratu.Podobne zjawiska obserwujemy na wszystkich rozwijających się rynkach. Tego nie da się zmienić regulacjami. Jeśli inwestorzy widzą, że jest coraz więcej spółek o małej płynności albo takich, w których menedżment nie interesuje się giełdowym kursem, albo ? co gorsza ? łamie interesy akcjonariuszy mniejszościowych, jest to zjawisko wyniszczające i bardzo groźne dla GPW.Jeśli będzie tak źle, to oznacza, że za parę lat w POK-ach będzie hulał wiatr, a GPW skoncentruje się na wynajmie powierzchni w swojej nowej siedzibie.Przez 10 lat GPW była kojarzona przede wszystkim z obrotem akcjami. Natomiast na giełdach zagranicznych dominuje handel obligacjami. I tutaj nie widzę ograniczeń. Sądzę, że GPW może stać się poważnym centrum obrotu papierami dłużnymi, skarbowymi i korporacyjnymi. Giełda ma szanse stać się miejscem wykluwania się nowych innowacyjnych spółek. Nadal także będą na niej notowane ciekawe duże firmy o przyzwoitej płynności. Biorąc pod uwagę wysoką dynamikę rozwoju rynku kontraktów terminowych, w którą jeszcze kilka lat temu nikt nie wierzył, uważam, że wszystko jest możliwe. Gdy spadną stopy procentowe, nieefektywny dzisiaj rynek obligacji może stać się przebojem.Dziękuję za rozmowę.
Dariusz Jarosz