Polska dyskusja makroekonomiczna weszła na nowe tory. Rozsądni ekonomiści, od lat zasiadający w radzie makroekonomicznej przy ministrze finansów, przypuścili skomasowany atak na zbyt szybkie, bezsensownie kosztowne, ich zdaniem, tempo dezinflacji w Polsce.

W kraju, gdzie średnioroczna inflacja wciąż grubo przekracza 9%, mamy do czynienia ze zdecydowanie nową jakością. Do tej pory głosy kwestionujące potrzebę energicznego zbijania inflacji brzmiały cieniutko. Dały się słyszeć na obrzeżach głównego nurtu dyskusji makroekonomicznej. Należały do ludzi pozbawionych zawodowego autorytetu. Politycy sprzedający wyborcom hasło: więcej wzrostu i więcej inflacji, musieli sięgać po płytkie i mocno już przechodzone rezerwy kadrowe polskiej ekonomii. Ale nawet tam trudno było spotkać kogoś, kto w centrum swojej propozycji stawiałby rewizję średniookresowego celu inflacyjnego dla Polski, czyli podniesienie granicy inflacji ?poniżej 4%?, wytyczonej na koniec 2003 roku. Zaszczyt dokonania tego wyłomu przypadł dopiero teraz profesorom: Witoldowi Orłowskiemu i Stanisławowi Gomułce. Za ich przykładem, wolno sądzić, pójdą niebawem całe legiony ochotników.Moim zdaniem, wydaje się przesądzone, że polska gospodarka zostanie zepchnięta ze ścieżki dezinflacyjnej, zaproponowanej przez Radę Polityki Pieniężnej. Teza o zbyt intensywnym tempie dezinflacji może z całą pewnością liczyć na poparcie politycznej większości zainteresowanej doraźnym podniesieniem tempa wzrostu gospodarczego i spadkiem stopy bezrobocia bez względu na cenę, jaką przyjdzie za to zapłacić w średnim okresie. Ta większość potrzebuje jedynie dobrego pretekstu, wiarygodnie wyglądającego uzasadnienia dla odstąpienia od nieprzyjemnych, kosztownych i mało efektownych zmian strukturalnych. Stosownego alibi dostarczają politykom ekonomiści występujący w rolach ?policy entrepreneurs?.W tej sytuacji na zdecydowanie przegranej pozycji stoi tych paru ludzi, ta garstka, która twierdzi, że spowolnienia tempa dezinflacji nie da się przekonująco usprawiedliwić argumentami merytorycznymi. Dopuszczenie do wyższej i dłużej się utrzymującej uporczywej inflacji oznacza poniesienie przez nas wszystkich wielkich kosztów w postaci nieuwzględnianego w rocznych zeznaniach PIT podatku inflacyjnego. Gospodarka wystawiona zaś zostaje na negatywne skutki permanentnej nierównowagi (zniekształcenie cen relatywnych, zła alokacja kapitału, utrzymywanie się formalnych i nieformalnych mechanizmów indeksacyjnych, wysokie koszty obsługi długu, zmienne przepływy kapitału, wysoki stopień zagrożenia kryzysem).Wreszcie ? tolerancja dla inflacji oddala nas zdecydowanie od członkostwa w unii monetarnej. Możemy domagać się zmiany kryterium inflacyjnego z Maastricht, o ile jest to solidnie udokumentowane występowaniem obiektywnych mechanizmów ekonomicznych (na przykład działaniem efektu Harroda-Balassy-Samuelsona). Nie mamy jednak najmniejszych szans na uzyskanie akceptacji unii dla subiektywnie dokonanego wyboru takiego poziomu inflacji, który akurat odpowiada polskim politykom. Nie mamy takich szans, bo jest pewne, że zawsze będzie to poziom wyższy od minimum wynikającego z działania prawa wyższej inflacji w kraju o szybszym wzroście produktywności. A opóźnione wejście do strefy euro oznacza dla nas potencjalnie wielkie problemy natury zarówno politycznej, jak i ? nade wszystko ? ekonomicznej. Nie rozprasza ich bynajmniej, a raczej przeciwnie ? potęguje, ratunkowa koncepcja jednostronnego wprowadzenia euro w miejsce złotego. Ta koncepcja budzi, jak wiadomo, żywy sprzeciw w UE.Jeśli politycy zdecydują teraz o podniesieniu średniookresowego celu inflacyjnego na koniec 2003 roku pod pretekstem, że pozwala na to stan krajowej gospodarki, a unii to nie przeszkadza, to komunikacja z rynkami finansowymi, już teraz mocno nadwerężona, zostanie dokumentnie zerwana. Rozmawiać o szybszym wzroście i niższym bezrobociu w kontekście tolerancji dla inflacji ? to gwarantowana droga do naprawdę dużych kłopotów.