Z prof. Grzegorzem Domańskim, honorowym członkiem giełdy, byłym prezesem rady nadzorczej GPW, rozmawia Dariusz Jarosz

Wstępna propozycja prywatyzacji GPW przygotowana przez Ministerstwo Skarbu Państwa zakłada, że 40% akcji trafi w ręce inwestora strategicznego, do 30% papierów będą mogły kupić biura maklerskie i banki, a 25-proc. pakiet plus jedna akcja pozostanie w państwowych rękach. Jak Pan ocenia ten projekt?Opuściłem fotel prezesa rady giełdy w 1996 r., czyli przed pięcioma laty. Mój ?testament polityczny? zakładał prywatyzację GPW. Niestety, do tej pory nie zmienił się jej kształt własnościowy, a to oznacza, że spółka ta nie jest zdolna do nawiązywania relacji partnerskich w skali światowej i nie może do końca cieszyć się zaufaniem zagranicznych emitentów, którzy mogliby tutaj przyjść ze swymi papierami. Przez ten czas GPW była niekiedy postrzegana przez zagranicę jako agenda rządowa. Nie była to, oczywiście, prawda, jeśli chodzi o praktyczne działanie giełdy, jednak w sensie politycznym fakt ten utrudniał jej działalność.Przez pięć lat nie udało się zrealizować wspomnianego ?testamentu?. Dlaczego?Były przede wszystkim przeszkody prawne. Mój postulat był także skierowany pod adresem ustawodawcy. Został on zrealizowany na dwie raty. W pierwszej nowelizacji ustawy o publicznym obrocie stworzono furtkę, która umożliwiła przeznaczenie części zysku giełdy na wypłatę dywidendy pod warunkiem spadku udziału państwa w akcjonariacie GPW poniżej 50%. Ta zachęta okazała się jednak zbyt mała. Ostatnia zmiana prawa, obowiązująca od 15 stycznia 2001 r., postawiła kropkę nad ?i?, bowiem umożliwiono upublicznienie spółki prowadzącej giełdę. Już w czerwcu 1998 r. jako członek gabinetu politycznego wicepremiera Leszka Balcerowicza sygnalizowałem mu, że trzeba zmienić ustawę, by umożliwić prywatyzację GPW. Od początku jestem zwolennikiem upublicznienia giełdy.Wstępna propozycja prywatyzacji GPW przygotowana przez MSP nie przewiduje jednak sprzedaży jej papierów w ofercie publicznej.Być może ci, którzy obecnie są bliżej związani z warszawską giełdą, lepiej się orientują, czy oferta publiczna ma sens czy też nie. Są zarówno zwolennicy upublicznienia GPW, jak i przeciwnicy, jak np. prezes Lesław Paga, który zdecydowanie neguje taką opcję. Potrzeba dalszej prywatyzacji giełdy jest jednak bezdyskusyjna. Przypomnę, że GPW nie jest jednoosobową spółką skarbu państwa, choć w oczach opinii publicznej wciąż za taką uchodzi. Czyli prywatyzacja oznacza zdecydowane zmniejszenie w strukturze akcjonariatu udziału skarbu państwa (który obecnie wynosi 98%, bo reszta jest w rękach domów maklerskich i banków).Dlaczego jest Pan zwolennikiem wprowadzenia akcji GPW do publicznego obrotu? Czy dlatego, że taką drogę coraz częściej wybierają giełdy europejskie, w tym te największe?Giełda powinna być instytucją samorządową, a więc własnością tych podmiotów, które pełnią aktywną rolę na rynku kapitałowym. Największy w niej udział powinni mieć brokerzy. Należy jednak pogodzić kontrolę z otwartością na anonimowego inwestora (klientelę giełdy), a to może sprawić jedynie upublicznienie i zakup przez niego akcji. Nie wolno, oczywiście, dopuścić do sytuacji, w której giełda może paść łupem wrogiego przejęcia przez np. instytucję zupełnie nie związaną z rynkiem kapitałowym.Uważam, że pewną pulę akcji należy zachować dla polskich instytucji finansowych, ze szczególnym uwzględnieniem domów maklerskich, a ograniczoną część akcji tak, aby nie zachodziło niebezpieczeństwo przejęcia kontroli, można skierować do publicznego obrotu. Dzięki ofercie publicznej GPW mogłaby pozyskać środki na rozwój. Nie twierdzę jednak, że obecnie proponowana struktura przyszłego akcjonariatu jest całkiem zła. Proporcje są dość rozsądne.Czy rzeczywiście GPW potrzebny jest inwestor strategiczny w postaci jednej z europejskich giełd lub sojuszu giełd, do którego ma trafić 40-proc. pakiet akcji? Czy obecnie jest dobry moment na pozyskania takiego inwestora, biorąc pod uwagę kiepską sytuację na rynkach kapitałowych? Istnieją też obawy, że jego wejście zamiast pomóc doprowadzi do marginalizacji GPW.Trudno powiedzieć, czy to jest właściwy moment czy też nie, ale później może być jeszcze gorszy moment. Zdecydowanie opowiadam się za utrzymaniem polskiego charakteru tej instytucji. Ja też się boję, że obcy inwestor strategiczny może dążyć do marginalizacji GPW lub przyspieszyć ten proces. My zjawiska marginalizacji jako takiego nie unikniemy. Ale przecież możemy się przed tym w jakimś stopniu zabezpieczyć. Istnieją pacta conventa, czyli dodatkowe warunki, które można z inwestorem strategicznym podpisać. to nie jest przecież tak, że on przychodzi i dyktuje nam wszystko. Trzeba określić wymogi, jakie powinien spełniać, by mógł kupić 40% akcji.Czy wizja krajowego inwestora strategicznego jest jednak realna?Niestety, obawiam się, że nie. Bo kto w tej roli miałby wystąpić? W domyśle mówi się zatem o sojuszu z Euronext, jako przyszłym partnerze GPW, który jest w dużym stopniu kontrolowany przez giełdę francuską. Mamy z nią wieloletnie kontakty. Ona też dostarczyła GPW m.in. nowoczesny system obrotu.Jednak znacznie bliżej nam do Londynu czy Frankfurtu. Tam bowiem notowane są GDR-y polskich spółek. To w Londynie pracują w oddziałach zagranicznych banków inwestycyjnych polscy analitycy. Do tegomiasta obowiązkowo przyjeżdżają w ramach road show nasi emitenci, którzy chcą pozyskać kapitał za granicą. To w Londynie powstaje większość zagranicznych rekomendacji dotyczących naszego regionu i polskich spółek.To prawda. Moja ocena wynika jednak z intensywności kontaktów i nie ulega wątpliwości, że z giełdą w Paryżu były one i są najbardziej ożywione. Jeśli pójdziemy drogą zaproponowaną przez MSP, to byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że inwestorem nie został Euronext.Czy nie jest jednak tak, że to GPW zabiega o inwestora a nie odwrotnie? W dodatku jesteśmy, karłem w porównaniu z czołowymi europejskimi giełdami i trudno uwierzyć w to, że zechcą nas traktować na partnerskich warunkach. Nie bardzo też widzę wartość dodaną, jaką miałby wnieść przyszły inwestor.Koncepcja inwestora strategicznego nie jest moją koncepcją. Zawsze byłem za rozwiązaniem ? akcje w rękach brokerów plus część papierów w obrocie giełdowym. Jeśli jednak ten inwestor się pojawi ? to jak rozumiem ? przyniesie on nam dodatkową podaż, czyli dzięki niemu na nasz rynek wejdą nowi emitenci, zwiększy się liczba notowanych spółek i obroty, a nasz rynek przestanie być rynkiem lokalnym. Jeśli miałoby być inaczej, to nie widzę przesłanek do tego, by wchodzić w takie powiązania.Powoli zmienia się model funkcjonowania polskiego rynku kapitałowego. Banki już zaczęły ograniczać liczbę punktów obsługi klienta będących własnością ich biur maklerskich. Czy model, w którym będziemy składać zlecenie w okienku bankowym, zamiast korzystać z pośrednictwa specjalizującego się w tego rodzaju usługach brokera, będzie dla rynku korzystny?My nie jesteśmy w stanie tworzyć rozwiązań egzotycznych nie licząc się z tym, co dzieje się wokół nas. Kształt polskiego rynku kapitałowego będzie taki, jak w zjednoczonej Europie. Chyba nie uda nam się utrzymać tak wielkiej liczby odrębnych domów maklerskich. Powolny wzrost aktywności dużych banków jest nieuchronny. Małe domy maklerskie nie poradzą sobie z problemem kosztów, a one będą wzrastać. Tylko ci, którzy będą mogli pracować dostatecznie tanio, a więc dla których przeciętny koszt będzie niski, pozostaną na rynku.Dziękuję za rozmowę.