Nieco lepsze nastroje, jakie przyniosły dwie ostatnie sesje, stanowią mizerną pociechę w kontekście zachowania rynku w całym miesiącu. Słabość rynku jest wyraźna i takie ruchy jak obecny są przyjmowane przez zdecydowaną większość uczestników rynku z uzasadnioną rezerwą. Do czasu, gdy ewentualny dalszy wzrost wygenerowałby sygnały, dające nadzieję na trwalszą poprawę, trzeba się pogodzić z obecnym obrazem rynku i zakupy traktować głównie w kategoriach spekulacji. Nie wydaje się jednakże, by obecny kontratak byków niósł w sobie wystarczającą energię, by wyraźnie zmienić techniczny obraz rynku. Do tego potrzeba napływu kapitału z zewnątrz, a to z kolei jest warunkowane sytuacją na rynkach światowych. W chwili gdy wzrost PKB w USA w III kwartale był prawie o połowę niższy niż w poprzednim, taki przypływ entuzjazmu wydaje się mało prawdopodobny. Co prawda, pojawiają się spółki, które przyjemnie zaskakują inwestorów, ale jeszcze długo taka sytuacja nie stanie się regułą. Na większą aktywizację kapitału krajowego też raczej nie ma co liczyć. OFE będą ofiarą trudnej sytuacji budżetowej i zapewne nie zdecydują się na stymulowanie rynku. Inwestorzy indywidualni będą zaś czekać na wyraźne sygnały, karmiąc swój sceptycyzm napływającymi informacjami. Wyniki przytłaczającej części spółek nie stanowią zachęty do zwyżki. Szacunki dotyczące wzrostu PKB w I półroczu i inne wskaźniki makroekonomiczne także utrwalają w przekonaniu, że moment odejścia do historii dokuczliwego dla wszystkich spowolnienia gospodarczego jest trudny do określenia. A dopiero gdy będzie on w miarę blisko, na rynek powróci trwały wzrost.