W ostatnich kilkunastu dniach nastroje na warszawskim parkiecie wyraźnie się uspokoiły. Spokoju nie zakłóciła nawet zmiana na stanowisku ministra finansów. Można sądzić, że inwestorzy czekają na wyniki wyborów parlamentarnych, tak więc do czasu ich poznania będą się wstrzymywać z poważniejszymi ruchami na portfelach. Z drugiej strony, patrząc na notowania, można odnieść wrażenie, że od jakiegoś czasu mamy na parkiecie przewagę popytu nad podażą, co wywołało wzrost indeksów WIG i WIG20. Obecnie są one na poziomie o kilka procent wyższym niż ostatni dołek z połowy sierpnia tego roku. Oczywiście, trzeba sobie zdać sprawę z tego, że przy tak niskim poziomie obrotów, jaki mamy obecnie, jakieś większe jednorazowe zakupy mogą spowodować znaczny wzrost indeksów. Pozytywne jest to, że nasz rynek w zasadzie nie reaguje już na spadki na giełdach zagranicznych. Potwierdzeniem tego może być piątkowa sesja, na której nie wydarzyła się jakaś katastrofa po spadku indeksu Dow Jones poniżej psychologicznej granicy 10 000 punktów.Chyba nic nie jest w stanie wyrwać obecnie giełdy z marazmu. Jednorazowe wydarzenia, które są spodziewane w najbliższym czasie, takie jak np: umowa Elektrimu czy ewentualna sprzedaż akcji PKN ORLEN lub PZU poprawią nastrój, ale raczej nie na długo. Trwała poprawa będzie możliwa dopiero wtedy, gdy gospodarka zacznie dynamicznie się rozwijać. Nie uważam też, że piątkowe dane o deficycie na rachunku bieżącym będą miały jakieś duże znaczenie dla rynku, chyba że będzie w nich widoczny znaczny spadek eksportu.