Zacznijmy od emisji obligacji skarbowych. Kupują je inwestorzy oczekujący nie tylko bezpieczeństwa, ale i w miarę wysokiego oprocentowania. A potem sami muszą sfinansować swoje odsetki, gdyż to głównie oni i firmy, w których pracują, są źródłem dochodu dla emitenta, czyli Skarbu Państwa. I tak to pieniądze krążą sobie z lewej do prawej kieszeni. Oczywiście, świat na długu został zbudowany. I nie ma nic złego w finansowaniu państwa rozsądnymi (podkreślam: rozsądnymi) emisjami obligacji.
Ale... Czy rzeczywiście skala zadłużenia państwa w ostatnich latach może być traktowana jako rozsądna? Nie dość, że za duże emisje i stosunkowo wysokie oprocentowanie zapłacimy wszyscy, to emisje państwowe wyrzuciły praktycznie z rynku emitentów prywatnych. To zaś jest fatalne dla gospodarki.
Dlatego irytuje mnie, gdy słyszę narzekania, iż z biegiem czasu spada oprocentowanie obligacji skarbowych. Mam nadzieję, że będzie spadało znacznie szybciej. Bo nie mam ochoty finansować odsetek od kupowanych tonami obligacji. A muszę i zdecydowanie mnie to denerwuje.
Inna sprawa, że jest chyba jeszcze lepszy przykład "samofinansowania" długu.
Może nawet bardziej zabawnym, choć i smutnym jednocześnie, przykładem paranoi jest zabawa z zadłużeniem ZUS-u wobec obywateli, nazywanym - nie wiedząc czemu - długiem wobec otwartych funduszy emerytalnych.