W pierwszych transakcjach za USD płacono 4,02 zł, za euro 3,61 zł, odpowiadało to 11,65% powyżej starego parytetu. Po dwóch godzinach byliśmy nieco niżej, na 11,4%. Dolar wciąż kosztował tyle samo, ale wspólna waluta podrożała o 2 grosze. Wtedy wystąpił dość silny popyt i po półgodzinie osiągnęliśmy 11,7%. Kursy wynosiły 4,008 i 3,613. Lekka korekta i do końca dnia bez większych zmian. Na zamknięciu dolara ceniono na 4,02, euro na 3,625, odpowiadało to 11,45%.
W piątek po raz kolejny dotarliśmy do 11,7%. Po południu doszło jednak do spadku wartości. Po pierwsze część inwestorów zamykała pozycje przed weekendem, po drugie bardzo wyraźnie osłabił się południowoafrykański rand, co także mogło niekorzystnie wpłynąć na polską walutę. W sumie jednak kończymy na bardzo wysokim poziomie.
Rozpoczynający się właśnie tydzień zapowiada się bardzo ciekawie. W poniedziałek opublikowane zostaną informacje o inflacji. Analitycy są zgodni, że w najgorszym razie pozostanie ona na poziomie 4,0% rok/rok. W najgorszym razie, bo większość spodziewa się spadku, średnia oczekiwań to 3,9% rok/rok. We wtorek poznamy dane o produkcji przemysłowej i cenach produkcji. Jeśli chodzi o produkcję, to średnia prognoz mówi o spadku o 0,5% rok/rok. Z kolei ceny produkcji według analityków zmniejszyły się o 0,4% rok/rok. Byłby to kolejny dowód na to, że popyt wewnętrzny wciąż jest słaby.
Wtorek i środa to dni kolejnego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. Rynek nie spodziewa się jednak cięcia stóp. Mało kto wierzy w to, że Rada podda się presji niektórych polityków, z premierem Leszkiem Millerem na czele. Tym bardziej że nawet minister finansów Marek Belka także nie oczekuje teraz żadnych zmian (teraz, tzn. przed uchwaleniem ustaw okołobudżetowych).
Rano za euro trzeba było zapłacić 0,8982 USD. Szybko przeważył popyt i po półgodzinie przebiliśmy 0,90. Kilka minut po dziesiątej było 0,9031. Lekka korekta i właściwie do końca dnia oscylowaliśmy wokół 0,9020. Kończyliśmy na 0,9018.