Ani niewygodny szef NBP, ani natarczywy prezes NIK nie będą mogli niepokoić pracującej w pocie czoła Rady Ministrów. Rząd ostro zabrał się za "przywracanie normalności". Partyjnej, rzecz jasna. Jeszcze tylko utarcie nosa Radzie Polityki Pieniężnej i spokojnie, we własnym gronie, będzie można sobie gospodarzyć w swoim kraju. Nikt się nie będzie wreszcie wtrącał do jedynie słusznej polityki. Polska urośnie w siłę, obywatelom będzie się żyło dostatniej...
No właśnie. Jakiż świat byłby piękny dla premiera Millera, gdyby udało się wypracować sprawdzony w czasach jego sekretarzowania model gospodarczy. Rząd potrzebuje pieniędzy, więc wydaje odpowiednie polecenie bankowi centralnemu. I gra muzyka. A tak, ta okropna RPP nie dość, że nie chce ciąć stóp wedle życzeń, to jeszcze kaprysi i poucza ministrów. Nieładnie.
Wczorajsze decyzje Sejmu, blokujące praktycznie dostęp szefom NBP i NIK do obrad rządu, to takie delikatne ostrzeżenie. Choć osobiście nie wierzę, by ewentualne dalsze plany ubezwłasnowolnienia Rady miały szansę na realizację. Nawet jeśli w jakiś sposób przepchnięte zostałyby przez parlament (w co wątpię), to musiałyby przecież zostać w końcu zaakceptowane przez prezydenta, co z kolei wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. W pewnym sensie RPP przed naprawdę poważnymi zamachami ratuje poziom merytoryczny i intelektualny zgłaszających takie pomysły. Już sama prezentacja tych rewolucyjnych pomysłów powoduje, że nawet niechętni Radzie populiści mają wątpliwości...
Niestety - powtórzmy to po raz kolejny - konflikt między RPP a rządem jest ostatnią rzeczą, której potrzebujemy. Oddala bowiem wizję wprowadzenia w życie właściwej policy mix, czyli łączenia dyscypliny budżetowej z elastyczną polityką pieniężną. Na razie - przy zachowaniu krytycznego stosunku wobec lewej części lewicowego rządu - trzeba trzymać kciuki za ministra Belkę. Bo budżet musi złapać równowagę. Fatalnie stałoby się jednak, gdyby okazało się, że na tym się skończy.
Finansami publicznymi trzeba potrząsnąć. Bo tylko bardzo zdyscyplinowany (czytaj: skromny i oszczędny) budżet da miejsce na obniżki stóp procentowych i niezbędne obniżki podatków. Jeśli ożywiać gospodarkę - to przez redukcję skali danin i haraczy, a nie zwiększanie kosztownej i nieefektywnej redystrybucji środków poprzez budżet. Z tego punktu widzenia swoista defenestracja warszawska, czyli prawne wyrzucenie z sali obrad rządu przedstawicieli NBP i NIK, musi niepokoić. To, że z tych możliwości nie korzystano, nie jest aż takie ważne. Istotne jest, że teraz nikt z NBP i NIK - bez zaproszenia samego rządu - na obrady Rady Ministrów nie będzie miał wstępu. Hulaj dusza, szpiegów nie ma. I nie będzie.