Reklama

Rada majsterkowi

Mimo serii obniżek stóp procentowych (łącznie w br. 7,5 pkt. proc.), Rada Polityki Pieniężnej znalazła się ostatnio pod wzmożonym ostrzałem. Na skutek wielu kontrowersyjnych wypowiedzi staje się głównym oskarżonym, któremu przypisuje się winę za malejące tempo wzrostu gospodarczego.

Publikacja: 21.12.2001 08:25

Mało kto dostrzega jednak, że właśnie ten organ

jest prawdopodobnie jedynym, który może wywrzeć skuteczny nacisk na rząd,

aby ten zreformował wreszcie skutecznie finanse publiczne

i uchronił państwo przed groźbą kryzysu gospodarczego.

Deszcz zarzutów

Reklama
Reklama

RPP od zawsze była adresatem spontanicznych ataków ze strony różnych polityków i nikogo to specjalnie nie dziwiło i nie martwiło - taki folklor. Jednak ostatnio mamy do czynienia ze zmianą nie tylko ilościową, ale i jakościową tych zarzutów (a właściwie nie zarzutów, ile ich autorów). O tym, że "zła" Rada przeszkadza w ożywieniu gospodarki, lub wręcz jest winna jej spowolnieniu, dowiadujemy się już nie tylko z przypadkowych wypowiedzi udzielonych podczas wywiadów z ekscentrykami, ale również z pierwszych stron dzienników. Co gorsza, takie rewelacje wypowiadają już politycy należący do głównych sił sprawujących władzę w państwie.

Krytykom wtóruje pewna grupa dziennikarzy. Powtarzają oni, ubrawszy w nieco bardziej zgrabne słowa, opinie polityków. Spotkałem się np. z opinią głoszącą, że praprzyczyną obecnego kryzysu finansów publicznych są zbyt wysokie realne stopy procentowe, ponieważ zwiększają one koszt obsługi długu. Jednak trzeba pamiętać, że na rynkowy poziom stóp silnie wpływa właśnie ten wysoki dług, który drenuje rynek z oszczędności, co powoduje wzrost ceny pieniądza.

Przedstawiciele Rady (wspomagani przez ekonomistów) z godną podziwu wytrwałością starają się w odpowiedzi na stawiane zarzuty objaśnić istotę i podstawy prowadzonej przez nich polityki.

Paradoks

kompetencji

Tym, co uderza (choć zapewne jedynie garstkę społeczeństwa) w obserwowanej wymianie zdań, jest coś, co można chyba nazwać "paradoksem kompetencji", który dotyczy poruszanego zakresu polityki pieniężnej. Chodzi o to, że zarzuty pod adresem Rady kierowane są (pomijając ministra finansów Marka Belkę) przez osoby o dość nietypowym jak dla rozważanych problemów wykształceniu. W grupie krytyków znajdziemy np. absolwenta Państwowego Technikum Rolniczego, Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, absolwenta wydziału zootechnicznego na SGGW oraz kilka osób o wykształceniu średnim zawodowym.

Reklama
Reklama

Po drugiej zaś stronie - w Radzie Polityki Pieniężnej - zasiada czterech profesorów i pięciu doktorów nauk ekonomicznych oraz profesor prawa, specjalista z zakresu finansów publicznych. Porównanie jest samo w sobie dość wymowne, zatem raczej nie wymaga komentarza.

Po ostatniej obniżce stóp procentowych w USA znów podniosły się głosy domagające się zmiany ustawy o NBP. Tymczasem przy obecnym, lewicowym układzie sił w parlamencie Rada Polityki Pieniężnej jest bodajże jedynym organem reprezentującym instytucję państwową, który może wymusić na rządzie kompleksową reformę finansów publicznych. W dodatku, może się to odbyć w najlepszy możliwy sposób - przy wykorzystaniu mechanizmów rynkowych. Kształtując bowiem poziom stóp procentowych można wpływać między innymi na koszt obsługi zadłużenia, jest to zatem doskonałe narzędzie motywujące rząd do ograniczania deficytu. Im niższy deficyt, tym niższe mogą być stopy, a zatem mniej będzie kosztować obsługa zadłużenia, co z kolei może być wykorzystane do dalszej redukcji deficytu itd.

Kolejny krok (po tak znacznych obniżkach) należy zatem do rządu i członkowie Rady oraz ekonomiści wyraźnie o tym mówią. Trzeba przy tym podkreślić, że wbrew populistycznym argumentom Rada nie wymaga jedynie posunięć, które godziłyby w najuboższych, ale domaga się rozwiązań strukturalnych, takich jak reforma systemu rolniczych ubezpieczeń społecznych, zmiana systemu refundacji leków, likwidacja większości funduszy pozabudżetowych, dalsza prywatyzacja, likwidacja monopoli.Skuteczne wprowadzenie tych rozwiązań ukróciłoby nadużycia i skutecznie wpłynęłoby na uzdrowienie finansów publicznych, co w efekcie poprawiłoby funkcjonowanie gospodarki i zwiększyło szanse powrotu na ścieżkę wzrostu. Tymczasem wiele działań proponowanych przez rząd sprowadza się do przesunięcia kłopotliwych wydatków na następne lata w nadziei, że wyższy wzrost gospodarczy i rozbudowany aparat fiskalny pozwoli je sfinansować.

Są też niewątpliwie pozytywne propozycje, np. zamiar restrukturyzacji świadczeń przedemerytalnych, niektórych zasiłków oraz propozycje pewnych zmian w systemie rolniczych ubezpieczeń społecznych, jednak skala potrzeb jest znacznie większa. I tu dochodzimy do ciekawej obserwacji.

Przegapiona okazja?

Objęcie rządów przez nowy gabinet rozpoczęło się od totalnej krytyki poprzedników i od obarczania ich winą za wszelkie możliwe problemy, z którymi boryka się państwo. Dzięki takiemu zabiegowi można obecnie wykonywać niepopularne posunięcia, tłumacząc je wyłącznie stanem wyższej konieczności wywołanym przez poprzednią ekipę. Przyjmijmy zatem, że jest to dobry sposób i okazja do wydźwignięcia państwa z ciężkiej sytuacji przy stosunkowo niewielkich kosztach politycznych.

Reklama
Reklama

Dlaczego w takim razie koalicjanci wykorzystują tę okazję w tak ograniczonym zakresie? Można przecież z powodzeniem przeprowadzić teraz wiele trudnych, ale niezmiernie potrzebnych reform (nie wspominając już o ograniczeniu deficytu budżetowego). Jednym z argumentów jest brak czasu, ale przecież przez kilka przedwyborczych miesięcy roztaczano przed wyborcami wizję silnego, sprawnego i uporządkowanego państwa w razie wygranej ówczesnych faworytów. Trudno przypuszczać, że wizja ta była budowana bez odpowiedniego zaplecza w postaci zaawansowanych projektów rozwiązań palących problemów (które tak łatwo było piętnować będąc w opozycji).

Takie działanie byłoby nieodpowiedzialne, a o to przecież koalicjantów oskarżyć nie można. Bowiem bałagan w maturach, w ustawie o podatku od towarów i usług, w negocjacjach z UE oraz w "sprawie marszałka" to zapewne tylko wypadki przy pracy. Pozostaje mieć nadzieję, że zgodnie z przedwyborczymi obietnicami rządzący są jednak zdeterminowani do szybkiej naprawy państwa i w najbliższym czasie przedstawią obiecujące projekty zmian.

Priorytet rozwoju

Podczas gdy w działaniach koalicji zauważalny jest brak spójności (z wyjątkiem wymiany kadr we wszystkich instytucjach i spółkach Skarbu Państwa) i trudno jest wychwycić do końca wspólny nurt, silnie krytykowana Rada wyróżnia się jasno sprecyzowanym i realizowanym celem oraz działaniami. Głównym dążeniem jest zapewnienie w perspektywie średnio i długoterminowej warunków do trwałego i stabilnego funkcjonowania gospodarki oraz do spełnienia makroekonomicznych warunków członkostwa w UE.

Wbrew przekonaniu wspomnianych wcześniej polityków, trend w kształtowaniu się poziomu inflacji jest niezmiernie istotny dla stabilnego funkcjonowania. Należy bowiem pamiętać, że aby się rozwijać i zwiększać PKB (o co teraz wszystkim chodzi), trzeba przyciągać i realizować inwestycje (tak na marginesie - szkoda, że zamiast pouczać RPP, premier nie pouczał swoich ministrów, jak skonstruować taką ofertę, żeby przyciągnąć do Polski atrakcyjną inwestycję Toyoty i Peugeota).

Reklama
Reklama

Jak wiadomo, każda większa inwestycja musi być poprzedzona szczegółową analizą i sporządzeniem prognoz na kilka lat naprzód. Jeśli takich prognoz nie można sporządzić z wystarczająco dużym prawdopodobieństwem, większość długoterminowych inwestorów nie zdecyduje się zainwestować swoich środków. Pozostają jeszcze, oczywiście, inwestorzy krótkoterminowi, ci jednak są mniej "lubiani", ponieważ w sytuacjach kryzysowych po prostu zabierają kapitał i odchodzą, co może destabilizować rynek.

Reasumując - bez stabilności i niskiej inflacji trudno liczyć w Polsce na trwały wzrost gospodarczy.

Wspólne wysiłki

Powyższa argumentacja, niestety, nie u wszystkich znajduje zrozumienie, podobnie jak fakt, że wzrost nie zależy tylko i wyłącznie od Rady i prowadzonej przez nią polityki, ani tylko od rządu, ale w bardzo znacznym stopniu również od koniunktury gospodarczej na świecie. Doskonale wi dać to na przykładzie Japonii, gdzie mimo stóp procentowych na poziomie 0,1% nie udaje się pobudzić gospodarki.

Niesłychanie ważne jest zatem, aby polska gospodarka była stabilna i dobrze przygotowana do sytuacji, w której koniunktura się polepszy. Najlepsze efekty w tym zakresie mogą być osiągnięte tylko przy wspólnym wysiłku rządu i RPP.

Reklama
Reklama

Pomysły poszerzenia Rady o grupę "majsterkowiczów", którzy dostosują politykę pieniężną do osiągania doraźnych celów, stwarzają ryzyko, że o stabilności w Polskiej gospodarce niedługo będzie można już tylko pomarzyć.

Miejmy zatem nadzieję, że reformatorzy opamiętają się w tym względzie i skierują swoją energię do tych obszarów gospodarki, w których zmiany są rzeczywiście potrzebne i mogą przynieść pozytywne efekty w długoterminowej perspektywie. Z uznaniem i nadzieją należy zatem przyjąć zapowiedź przedstawienia do końca stycznia planu gospodarczego na najbliższe 4 lata, opracowywanego przez ministrów finansów, pracy oraz gospodarki.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama