Po drugiej zaś stronie - w Radzie Polityki Pieniężnej - zasiada czterech profesorów i pięciu doktorów nauk ekonomicznych oraz profesor prawa, specjalista z zakresu finansów publicznych. Porównanie jest samo w sobie dość wymowne, zatem raczej nie wymaga komentarza.
Po ostatniej obniżce stóp procentowych w USA znów podniosły się głosy domagające się zmiany ustawy o NBP. Tymczasem przy obecnym, lewicowym układzie sił w parlamencie Rada Polityki Pieniężnej jest bodajże jedynym organem reprezentującym instytucję państwową, który może wymusić na rządzie kompleksową reformę finansów publicznych. W dodatku, może się to odbyć w najlepszy możliwy sposób - przy wykorzystaniu mechanizmów rynkowych. Kształtując bowiem poziom stóp procentowych można wpływać między innymi na koszt obsługi zadłużenia, jest to zatem doskonałe narzędzie motywujące rząd do ograniczania deficytu. Im niższy deficyt, tym niższe mogą być stopy, a zatem mniej będzie kosztować obsługa zadłużenia, co z kolei może być wykorzystane do dalszej redukcji deficytu itd.
Kolejny krok (po tak znacznych obniżkach) należy zatem do rządu i członkowie Rady oraz ekonomiści wyraźnie o tym mówią. Trzeba przy tym podkreślić, że wbrew populistycznym argumentom Rada nie wymaga jedynie posunięć, które godziłyby w najuboższych, ale domaga się rozwiązań strukturalnych, takich jak reforma systemu rolniczych ubezpieczeń społecznych, zmiana systemu refundacji leków, likwidacja większości funduszy pozabudżetowych, dalsza prywatyzacja, likwidacja monopoli.Skuteczne wprowadzenie tych rozwiązań ukróciłoby nadużycia i skutecznie wpłynęłoby na uzdrowienie finansów publicznych, co w efekcie poprawiłoby funkcjonowanie gospodarki i zwiększyło szanse powrotu na ścieżkę wzrostu. Tymczasem wiele działań proponowanych przez rząd sprowadza się do przesunięcia kłopotliwych wydatków na następne lata w nadziei, że wyższy wzrost gospodarczy i rozbudowany aparat fiskalny pozwoli je sfinansować.
Są też niewątpliwie pozytywne propozycje, np. zamiar restrukturyzacji świadczeń przedemerytalnych, niektórych zasiłków oraz propozycje pewnych zmian w systemie rolniczych ubezpieczeń społecznych, jednak skala potrzeb jest znacznie większa. I tu dochodzimy do ciekawej obserwacji.
Przegapiona okazja?
Objęcie rządów przez nowy gabinet rozpoczęło się od totalnej krytyki poprzedników i od obarczania ich winą za wszelkie możliwe problemy, z którymi boryka się państwo. Dzięki takiemu zabiegowi można obecnie wykonywać niepopularne posunięcia, tłumacząc je wyłącznie stanem wyższej konieczności wywołanym przez poprzednią ekipę. Przyjmijmy zatem, że jest to dobry sposób i okazja do wydźwignięcia państwa z ciężkiej sytuacji przy stosunkowo niewielkich kosztach politycznych.