Stany Zjednoczone
Rajdu świętego Mikołaja na amerykańskich rynkach akcji tym razem nie było. Zwyżka, jaka nastąpiła po osiągnięciu dna wskutek przeceny aktywów, wywołanej zamachem na WTC, zakończyła się już na początku grudnia. Zaczęła się przed niespełna trzema miesiącami. Zasadniczym impulsem było w tym przypadku odreagowanie na wydarzenia wrześniowe. Teraz jednak na wykresach najważniejszych indeksów zostały przełamane linie trendu wzrostowego. Trzeba zatem uznać, że trend został zakończony i w najlepszym przypadku czeka nas tendencja horyzontalna.
Rok 2001 zapisze się w annałach największego rynku kapitałowego na świecie jako okres bezprecedensowego poluźniania polityki pieniężnej. 11 grudnia FOMC dokonał kolejnej, jedenastej już w tym roku, obniżki stopy oprocentowania funduszy federalnych do 1,75% (o 25 pkt. bazowych). Jednocześnie zredukowana została stopa dyskontowa, która obecnie wynosi 1,25%. Tym samym został pobity rekord pod względem liczby redukcji w ciągu jednego roku, uwzględniając okres od ostatniej recesji. Do tej pory FOMC dziesięciokrotnie obniżał stopy w 1991 roku (z 6,75% 8 stycznia 1991 r. do 4% 20 grudnia 1991 r.).
Potwierdza to determinację władz monetarnych i stanowi jeden z instrumentów wprowadzania gospodarki na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Niestety, grudniowej decyzji towarzyszyło uzasadnienie, w którym inwestorzy mogli wyczytać, że "słabość popytu zmniejsza się, choć ten sygnał jest wstępny i próbny". Oznacza to, że choć sytuacja w gospodarce stopniowo się poprawia, to sygnały, świadczące o możliwości ożywienia, są zbyt słabe i nie można być przekonanym o ich trwałości. Inwestorom udzieliła się niepewność Fed co do rozwoju koniunktury i nie byli skłonni kupować akcji. W nowym roku na posiedzeniu FOMC 29-30 stycznia prawdopodobnie dojdzie do kolejnej 25-pkt. obniżki stóp. Rynek powoli staje się mało wrażliwy na te decyzje, poluźniające politykę pieniężną, gdyż z coraz większą niecierpliwością czeka na pierwsze efekty tegorocznych redukcji. Cięcia stóp powinny znajdować już odzwierciedlenie w wynikach gospodarki. Niestety, pozytywnych efektów cięć wciąż nie widać.
Dramat Argentyny, obciążonej bagażem zadłużenia zagranicznego, szalejącego bezrobocia i sztywnym kursem wymiany peso, pozwalającym wprawdzie utrzymać inflację w ryzach, ale niezwykle utrudniającym życie eksporterom, stanowi również czynnik ryzyka, który uwzględniają inwestorzy amerykańscy w swoich poczynaniach. Ameryka Południowa stanowi tradycyjną strefę wpływów Stanów Zjednoczonych, a problemy drugiej gospodarki (po brazylijskiej) na tym kontynencie odbiją się w wymianie handlowej pomiędzy tymi krajami, ale również - co groźniejsze - psują nastroje inwestujących na rynku akcji. Teoretycznie wpływ emerging markets na zachowanie się gospodarek państw uprzemysłowionych jest znikomy, choć część sektora finansowego na bankructwie tego kraju straci (całkowite zadłużenie zagraniczne Argentyny stanowi ledwie 1,3% amerykańskiego PKB). W praktyce indeksy rynków akcji państw rozwiniętych silnie reagują na kryzysy w państwach wschodzących. Wskaźniki amerykańskie reagowały spadkami w obliczu kryzysów tequili, wschodnioazjatyckiego, rosyjskiego czy brazylijskiego. Trudno przypuszczać, że tym razem giełdy zignorują wymknięcie się spod kontroli sytuacji w Argentynie i zachowają stoicki spokój. Za bardziej umiarkowaną reakcją rynków akcji na wiadomości dochodzące z Argentyny przemawiają dwa czynniki. Po pierwsze, problemy gospodarcze tego kraju są znane nie od dziś. Recesja trawi go od kilku lat, a zmiana oprocentowania obligacji skarbowych sprzed kilku tygodni, będąca de facto przyznaniem się rządu do niewypłacalności, była ostatnim sygnałem zapaści argentyńskiej gospodarki. Po drugie, wpływ Argentyny na inne gospodarki jest o wiele mniejszy niż np. regionu wschodnioazjatyckiego czy Brazylii. Podobnie problemy tureckie zostały praktycznie zlekceważone przez giełdy amerykańskie.Ostatnie spadki na amerykańskich rynkach akcji potwierdzają realizację negatywnego scenariusza. Długoterminowe średnie kroczące okazały się barierą niemożliwą do pokonania dla strony popytowej. Na dobrą sprawę jedynie Średniej Przemysłowej udało się nieznacznie przełamać SK-200, jednak zakładając kilkuprocentowy filtr, potwierdzający wiarygodność ruchu indeksu, także w tym przypadku można było mieć wiele wątpliwości co do kontynuacji wzrostów. Każdy z indeksów znajduje się wciąż powyżej średnioterminowej średniej kroczącej, co pozwala mieć nadzieję, że trend spadkowy może się nie rozpocząć, a rynek wejdzie w najgorszą z tendencji - horyzontalną. Najgorszą, gdyż nie pozwala zarobić ani posiadaczom akcji, ani sprzedającym akcje "na krótko". Średnie te wyznaczają najbliższe wsparcia na drodze ku wrześniowym minimom lokalnym. Dla Średniej Przemysłowej wsparcie to znajduje się aktualnie na wysokości 9200 pkt., Nasdaq Composite 1900 pkt., a S&P 500 - 1125 pkt. Pokonanie tych średnich umocni spadki i umożliwi test wrześniowych minimów.