Reklama

Bez wartości dodanej

Rozwój rynku terminowego jest ostatnio tematem gorącym i poruszanym przez wiele osób. Dyskusja często sprowadza się do wymienienia kilku bolączek i dziwnych zjawisk, które nie mają miejsca na rynkach rozwiniętych. Ja, oprócz wymienianych często braku krótkiej sprzedaży (co skutecznie uniemożliwia przeprowadzenie arbitrażu) oraz braku inwestorów instytucjonalnych chciałbym poruszyć jeszcze jeden problem.

Publikacja: 26.01.2002 07:43

otrzeba motorem rozwoju

Poza tymi dwoma wspomnianymi wyżej czynnikami, które powodują, że nasz rynek można uznać za kulejący, istnieje jeszcze jeden. W moim odczuciu głównym powodem obecnego stanu naszego rynku terminowego jest faktyczny brak potrzeby, by on w ogóle powstał. Oczywiście, nie neguję samej idei takiego rynku, ja sam jestem jego wielkim entuzjastą. Jednak nie da się ukryć, że jeśli chodzi o graczy, którym ten rynek faktycznie może skutecznie pomóc, to zainteresowania nie widać. Aby zrozumieć tę sytuację, proponuję spojrzeć wstecz, jak tworzyły się rynki terminowe na Zachodzie.

Motorem ich rozwoju nie były decyzje administracji czy organizatorów rynku, lecz faktyczne potrzeby uczestników. To ich zapotrzebowanie na takie czy inne instrumenty inicjowało powstanie różnorodnych innowacji finansowych. Wszelkie te działania miały jeden wspólny cel. Chodziło o opanowanie ryzyka, dążenie do jego redukcji, na ile to tylko możliwe. Wiadomo, że najważniejszym elementem każdej transakcji jest wielkość podejmowanego ryzyka, czyli świadomość, ile można na niej stracić. Skoro wykorzystanie instrumentów terminowych może wpłynąć na ograniczenie ryzyka, zapotrzebowanie na tego rodzaju transakcje znacznie wzrosło.

Inicjatywy co do powstania nowych instrumentów miały swoje źródło u praktyków rynku. To oni, operując na rynku, znajdowali kolejne możliwości redukcji ryzyka. Kierując się starą nomenklaturą, można stwierdzić, że inicjatywa była oddolna. Do administratorów rynku należało tylko dostosować się do tych zmieniających się potrzeb i tak konstruować rynek, by sygnalizowane potrzeby były zaspokajane. W początkowym okresie to banki i inne instytucje finansowe tworzyły nowe instrumenty, gdyż takie zapotrzebowanie zgłaszali ich klienci. Po pewnym czasie, gdy zyskiwały sobie uznanie, znajdowały swoje miejsca na rynkach giełdowych. Wszystkim tym działaniom przyświecał jeden cel - możliwość zarządzania ryzykiem podejmowanych przedsięwzięć inwestycyjnych.

Trzeba bowiem pamiętać, że rynek terminowy w swoim założeniu miał i nadal ma służyć do transferu ryzyka. Ktoś boi się spadku cen danego aktywa, a ktoś inny ich wzrostu. Dochodzi więc do zawarcia transakcji na rynku terminowym, np. kontraktu futures. Obie strony są zadowolone. Przedmiotem tej transakcji jest przejęcie ryzyka uciążliwego dla jednej strony przez drugą, która, zważywszy na swoją sytuację, może to ryzyko na siebie wziąć. To właśnie różni rynek terminowy od rynku kasowego. Na kasowym mamy transfer kapitału. Osoba, która ma go w nadmiarze, decyduje się powierzyć go innej osobie, która ma pomysł, jak go zagospodarować. Na rynku terminowym dochodzi do transferu ryzyka. Nie kapitał jest tu istotny, ale ryzyko. Przepływ gotówki między uczestnikami tego rynku jest już sprawą wtórną.

Reklama
Reklama

Rynek ofiarowany

Teraz spójrzmy na genezę naszego rynku. Powstanie rynku terminowego nie wynikało z żadnych potrzeb inwestorów, lecz zostało wprowadzone na zasadzie decyzji administracyjnej. Gdy wprowadzono kontrakty, wielu graczy zastanawiało się, co to jest i po co? Nieliczna grupa ludzi posiadała podbudowę teoretyczną - gównie doradcy inwestycyjni, którzy, by otrzymać licencję, musieli opanować także materiał o rynku terminowym. W końcu to oni mieli w dużej mierze operować na tym rynku. Dziś, paradoksalnie, właśnie te osoby są praktycznie od tego rynku odcięte. Teoretycznie najlepsi (bo po wynikach tego przecież nie widać) zarządzający przeszli do OFE, które, jak pamiętamy, mają zakaz inwestowania na rynku terminowym. Inwestorzy indywidualni zostali zmuszeni do edukacji na własną rękę.Zważywszy że na polskim rynku przeważają inwestorzy o raczej niskim zasobie gotówki, to nie zarządzanie ryzykiem było główną przyczyną, dla której zainteresowali się kontraktami terminowymi. Lewar to jest słowo-klucz. Rozwój rynku terminowego zawdzięczamy jedynie złudnej perspektywie szybkiego na nim zarobku. Jak złudna jest ta perspektywa, widać po statystykach rynku kontraktów terminowych, gdzie, według szacunków, tylko ok. 20% uczestników osiąga zyski.

Brak transferu ryzyka

W wyniku dominacji inwestorów indywidualnych nasz rynek terminowy jest jedynym w swoim rodzaju. Tutaj nie dochodzi do transferu ryzyka. Praktycznie nie ma osób, które chciałyby się go pozbyć. Przesłanką zawierania transakcji na rynku kontraktów nie jest zabezpieczenie pozycji z rynku kasowego. Faktyczne znaczenie transakcji na rynku kontraktów to zakład o to, w którą stronę pójdzie rynek. Wszystko sprowadziło się niemal do (nie boję się tego napisać) hazardu. Obecnie w świadomości wielu inwestorów gra na rynku kontraktów to pewna odmiana gry w kolor w ruletkę. Oczywiście, podobnie jak ruletka, nie jest to gra o sumie zerowej. Za ruletkowe pole "zero" robią tu prowizje, jakie pobierane są przez biura maklerskie. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie neguję zasadności istnienia grupy inwestorów podejmujących się spekulacji na rynku kontraktów terminowych. To dzięki nim mamy na tym rynku płynność, ale gdy na nim uczestniczą tylko spekulanci, jest to wypaczenie idei rynku terminowego. Zadaniem rynku terminowego jest wniesienie nowej jakości do zarządzania inwestycjami kapitałowymi.

Poczynania zarządzających mają z zasady być bardziej racjonalne. Ta racjonalność i możliwość zarządzania ryzykiem to "wartość dodana" rynku terminowego do całego systemu finansowego. Gdy na rynku spotka się zabezpieczający i spekulant, to w wyniku transakcji między nimi jeden z nich uzyskuje spokój. Osoba zabezpieczająca uzyskuje pewność, że jej pozycja na kasowym nie straci na wartości, gdyby rynek ruszył w kierunku dla niej niekorzystnym. W przypadku transakcji między spekulantami dochodzi jedynie do zawarcia zakładu. Rynek jako całość niczego na tym nie zyskuje, no, może poza pośrednikami, którzy pobierają prowizję.

Aby myśleć polskim rynku terminowym w kategoriach faktycznego rozwoju, należałoby poczynić wysiłki, mające na celu umożliwienie operowania na nim instytucjom finansowym. W końcu to one posiadają w swoich szeregach osoby odpowiednio wyedukowane, które z powodzeniem mogą podołać skutecznej działalności na tym rynku. Czy rodzi to niebezpieczeństwo wpadek? Jak w każdej dziedzinie, takie się mogą zdarzyć. Nie wydaje się jednak, by proste ucięcie możliwości inwestycyjnych miało temu zaradzić. Niestety, od jakiegoś czasu o rozwoju naszego rynku już mówić nie można. Poszerzający się wachlarz instrumentów nie spowoduje jego ucywilizowania. Sam wzrost obrotów nie jest wyznacznikiem rozwoju rynku. Ważna jest jego jakość oraz to, czy rynek ten spełnia swoje zadanie. Jakie zadanie spełnia obecna formuła rynku, gdzie gros obrotu dokonuje się na jednej serii kontraktów terminowych na WIG20? Co zyskuje dzięki temu polski rynek kapitałowy? Możliwość założenia się z innym graczem o to, czy indeks wzrośnie, czy spadnie? Mam nadzieję, że twórcom rynku terminowego przyświecał inny cel.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama