Twierdzenia ekonomistów amerykańskich, iż jest wręcz przeciwnie, bowiem upowszechnienie technik informatycznych, a w szczególności w segmencie B2B, przyniosło tam jego skokowy wzrost, na fali goryczy po pęknięciu spekulacyjnego bąbla w sektorze informatycznym zbywano jako kolejne pomylenie szczytu cyklu koniunkturalnego z trendem wieloletnim.
Dziś jednak za jedno euro można dostać tylko 0,87 dolara, a o parytecie tych dwóch walut zrobiło się cicho. Dlaczego tak się stało? Wyjaśnia to główny ekonomista Merrill Lynch Bruce Steinberg, wskazując, że niezależnie od (będącego nadal kwestią sporną - M.K.) terminu spodziewanego ożywienia koniunktury w Stanach Zjednoczonych, na dłuższą metę o wynikach zarówno w "realnej" gospodarce, jak i na rynkach kapitałowych rozstrzyga tempo wzrostu wydajności pracy. Pod tym względem zaś Stany Zjednoczone biją Euroland na głowę, bowiem w IV kwartale ub.r. wynosiło ono tam 3,5%, natomiast w krajach strefy euro - niecałą połowę (1,5%). Dane za 2001 rok są przy tym o tyle interesujące, że dotychczas podczas recesji wydajność pracy przestawała tam wzrastać. Tym razem jednak wysokie - jak na tzw. dojrzałą gospodarkę - tempo jej wzrostu utrzymywało się przez dotychczasowe trzy kwartały recesji i w przeliczeniu na 12 miesięcy wynosiło 2,1% (podczas ośmiu wcześniejszych recesji, jakie dotknęły Stany Zjednoczone od r. 1950, wynosiło ono tylko 0,6%).
W krajach strefy euro tymczasem w II i III kwartale ub.r. wydajność pracy przestała wzrastać, a w IV kwartale przypuszczalnie spadła. Jest to zjawisko cykliczne i w następnych kwartałach trend ten zapewne ulegnie odwróceniu. Steinberg zwraca jednak uwagę, że od II połowy lat 90. wydajność pracy w strefie euro nie nadąża za Stanami Zjednoczonymi w każdej fazie cyklu koniunkturalnego.
Na wykresie obie krzywe dotyczą nie całkiem tych samych zjawisk, bowiem w przypadku Stanów Zjednoczonych odzwierciedlono tu wydajność w przeliczeniu na godzinę pracy w sektorze przedsiębiorstw, natomiast dane dotyczące strefy euro obrazują wydajność na godzinę pracy w całej gospodarce (IV kwartał został oszacowany przez Merrill Lynch). Generalny obraz potwierdzają jednak zawarte w tabeli dane, opracowane przez ekonomistów z Uniwersytetu Groeningen, w których przedstawiono wzrost realnego PKB w skali całej gospodarki, w ujęciu składanym i odzwierciedlony w USD.
Przy przeciętnie 2-proc. wzroście wydajności pracy, jakim Stany Zjednoczone mogły wykazać się od 1995 r., podwaja się ona tam co 35 lat, natomiast w strefie euro - co 58 lat. Godne uwagi jest jednak, że jeśli spojrzeć na trend długoterminowy, to okazuje się, że tempo wzrostu wydajności pracy w strefie euro systematycznie spada, natomiast w Stanach Zjednoczonych od początku lat 90. przyśpiesza (jedynym krajem w OECD, który w owych latach systematycznie wyprzedza Stany Zjednoczone pod względem tempa wzrostu wydajności pracy, jest Australia). Nic więc dziwnego - wskazuje Steinberg - że euro jest dziś walutą słabą. Rosnącą rozpiętość w stosunku do Stanów Zjednoczonych kraje strefy euro mogą zmniejszyć jedynie wówczas, jeśli przyśpieszą procesy restrukturyzacji. Stany Zjednoczone mogą z kolei swoją przewagę utracić, jeśli przez dłuższy czas spadnie tam stopa inwestycji - na co jednak się nie zanosi.