- Co to znaczy środowisko rynku kapitałowego? Kim są ludzie tego rynku? O kim my w ogóle mówimy? - pytał mnie jeden z polityków w czasie mocno nieformalnej rozmowy. Z punktu widzenia mojego rozmówcy, widoczna jest bowiem garstka VIP-ów i "aktywistów", udzielających się publicznie od lat. Rozmowa uświadomiła mi, że szeroko rozumiane "środowisko polskiego rynku kapitałowego" pozostaje bierne i rozlazłe. Co jest polityką samobójczą. O swoje interesy, zresztą zbieżne z interesami gospodarki, trzeba walczyć agresywnie. A nie udawać strusia i bawić się w dworskie gierki.
Strach przed narażeniem się przełożonym i VIP-om, obawa przed spaleniem ciepłych układów, ogólnie niekomfortowa sytuacja towarzyska tych, którzy ośmielają się "wychylać" - tak, to wszystko prawda. Ale bierność szerzej rozumianego środowiska jest naprawdę zaskakująca. Rynek nie ma się najlepiej. Gałąź, na której wszyscy siedzimy (a raczej balansujemy), trzeszczy niemiłosiernie. Od czasu do czasu ktoś z niej spada, czasem razem z całą swoją firmą. A reszta - poza narzekaniem, jakich to ma słabych reprezentantów i lobbystów - nie robi publicznie nic. Efekt jest taki, że lobby rynku kapitałowego ogranicza się do niewielkiej grupy osób, z których część zresztą bardziej gra na przetrwanie na swoich zagrożonych z różnych względów stanowiskach. Wspomniane wcześniej pytanie polityka o to, kim są właściwie ludzie rynku, jest więc zasadne. Bo środowiska na zewnątrz praktycznie nie słychać i nie widać. Analitycy i komentatorzy, maklerzy i doradcy, zarządzający portfelami i traderzy, menedżerowie instytucji, a pewnie nawet i sami inwestorzy - to wciąż świat obcy "normalnemu" Polakowi. Co musi prowadzić do ignorowania interesów rynku przez wielu decydentów i do zgłaszania pomysłów groźnych dla jego funkcjonowania (vide: brutalne pomysły podatkowe, sprawiające wrażenie wręcz prymitywnych ekonomicznie przez brak preferencji dla inwestycji długoterminowych).
Instytucje infrastrukturalne rynku od lat kierowane są przez wyjątkowo stałą - jak na warunki polskie - grupę osób. Co ma zarówno dobre, jak i złe strony. Ale nie o nich - tym razem - mowa. Bardzo dużo zastrzeżeń można mieć do działalności instytucji "oddolnych" o charakterze samorządowym: Izby Domów Maklerskich (IDM), Stowarzyszenia Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (STFI) i Związku Maklerów i Doradców (ZMiD). Oto dlaczego:
IDM - pomysł likwidacji funkcji etatowego prezesa Izby okazał się chyba mało udany. Poprzedni etatowy wieloletni prezes, Krzysztof Wantoła, przez niektórych uważany za nawiedzonego, niewygodnego narwańca miał tę cechę, że było go widać (co jest ważne!). Robił także dużo szumu wokół trudnych spraw (za co pewnie ponosi teraz konsekwencje, bo - jak powie złośliwiec - "doigrał się"). Od wielu miesięcy Izba jest tak grzeczna i cicha, że właściwie jej nie widać. Jeśli to świadoma strategia jej członków i zarządu, to muszę przyznać, że i mało efektywna. A zgłoszony ostatnio pomysł ulg podatkowych dla spółek publicznych jest tyle atrakcyjny, co nierealny i spóźniony. O lata zresztą.
ZMiD - Związek nie może wciąż opierać się na indywidualnej aktywności jego szefa Krzysztofa Grabowskiego. Musi mieć zdecydowanie szersze wsparcie. Maklerzy i doradcy, którzy na Związek się boczą (z tekstami typu "nie będziemy płacić składek na Grabowskiego"), powinni się zastanowić, kto usiłuje bronić ich interesów. Bo poza ZMiD - nikt.