Platforma obrotu papierami dłużnymi to trochę za mało, by umożliwić dynamiczny rozwój rynku, którego w Polsce właściwie nie ma.
Publiczny rynek prywatnie emitowanych papierów dłużnych rodzi się od lat, i to w wielkich bólach. Poza destrukcyjną działalnością Skarbu Państwa (o której za chwilę), jedną z przyczyn jest niechęć środowiska bankowego, które przecież bardzo sprawnie (z własnego punktu widzenia) prowadzi obrót sekurytyzowanym długiem (choćby w postaci commercial papers). Oczywiście, pisząc "sprawnie" pozwalam sobie na bezczelny żart. Bankowy rynek papierów dłużnych jest bowiem - z perspektywy klienta - nieczytelny i nieprzejrzysty. A - paradoksalnie - w takiej mętnej wodzie łatwiej ponoć łowić. Wysokie spready, oczywiście. Ten kantorowy system działa sobie bardzo sympatycznie: w każdym razie dealerzy wydają się zadowoleni (ze spreadów). Klienci pewnie też, choć nie mają świadomości, jaka jest właściwie cena rynkowa papierów, które sprzedają lub kupują. Publikowane dane o emisjach papierów dłużnych na rynku bankowym są trochę bez sensu, o czym świadczą zastrzeżenia o jedynie "informacyjnym" (czytaj: nietransakcyjnym) charakterze liczb tam prezentowanych.
Szukając sposobów na rozruszanie rynku dłużnych papierów komercyjnych, natrafiłem (w najnowszym podręczniku dla dealerów) na ciekawy opis sytuacji na rynku południowoafrykańskim. Oto mamy do czynienia z wyjątkowo płynnym rynkiem obligacji państwowych przy rekordowo niskim oprocentowaniu tych papierów. Bessa na rynku akcji i niskie stopy procentowe skłaniają firmy do poszukiwania kapitału przez emisję obligacji. Ale powód, dla którego emisje owe cieszą się powodzeniem, nie wynika tylko z ich atrakcyjności. Pomaga im państwo, ograniczając podaż papierów skarbowych. W ten sposób strumień pieniądza jest siłą rzeczy przekierowywany na papiery firm prywatnych. Co - żeby było jasne - wcale nie było tradycją w RPA. Dotychczas bowiem firmy pozyskiwały pieniądze zwykle przez emisję akcji. A państwo - podobnie jak w Polsce - praktycznie monopolizowało rynek obligacji. Jak wynika z najnowszych danych, dzięki opisanym działaniom, sytuacja zaczyna się dynamicznie zmieniać. Z korzyścią dla firm prywatnych i całego rynku, który zyskuje coraz szerszą bazę emitentów.
Jak widać, państwo może więc pomóc w rozwoju rynku przez to, że NIE PRZESZKADZA. W ten sposób po raz kolejny znalazłem wsparcie dla uparcie lansowanej przez siebie tezy o upiornej roli państwa jako emitenta monopolizującego w sposób absurdalny polski rynek papierów dłużnych. Powtórzę więc, że to państwo - przez hurtowe emisje długu - zawyża rynkowe stopy procentowe. Wypiera emitentów prywatnych zarówno z rynku akcji (w przeszłości - także przez skądinąd potrzebne emisje prywatyzacyjne), jak i z rynku papierów dłużnych. Jeśli nie ograniczy swojego apetytu na kapitał, trudno będzie rozruszać bardzo potrzebny publiczny rynek korporacyjnych papierów dłużnych. Tu jednak zahaczamy o sprawy polityczne. Bo ograniczenie apetytu na kapitał możliwe jest tylko przez dążenie do likwidacji deficytu budżetowego. A na to w roszczeniowo-socjalnym układzie politycznym i przy rozbudzonych oczekiwaniach wyborców trudno liczyć.