Pod koniec ubiegłego tygodnia główne indeksy naszej giełdy odbiły się od ważnych oporów, co można było odczytać jako zapowiedź szybkiego zbliżenia się do szczytów z drugiej połowy stycznia br. Po dwóch pierwszych sesjach bieżącego tygodnia inwestorzy liczący na to, że warszawska giełda podąży w ślad za dynamicznie rosnącymi rynkami zagranicznymi, mogą czuć się zawiedzeni. Słabemu zachowaniu indeksów towarzyszą stosunkowo niskie obroty, które we wtorek nie przekroczyły 185 mln zł.
Uważam, że przyczyn takiego zachowania naszego rynku należy szukać w fundamentalnej słabości spółek. Obecny poziom ich wyceny już w dużym stopniu odzwierciedla potencjalne efekty przyszłego ożywienia gospodarczego.
Wzrosty na rynkach światowych wspierane są coraz mocniejszymi sygnałami końca spowolnienia gospodarczego, na co jednak w Polsce na razie się nie zanosi. Przedsiębiorstwa napotykają rosnące problemy z utrzymaniem płynności (dane o depozytach bankowych przedsiębiorstw ujawniają znaczący ich spadek), co raczej nie sprzyja podejmowaniu inwestycji, eksport zaś w ostatnich miesiącach maleje. W obliczu lawinowo rosnącego bezrobocia nie jest pewne, czy spożycie indywidualne będzie wystarczające dla podtrzymania choćby śladowego wzrostu gospodarczego w I kwartale br. Obawiam się zatem, że inwestorom trudno będzie przystąpić do bardziej zdecydowanych zakupów akcji dopóty, dopóki nie utwierdzą się w przekonaniu, że odbicie od dna nie ominie również polskiej gospodarki. Dlatego uważam, że nasz rynek może pozostawać w najbliższym czasie w trendzie bocznym.
Czynnikiem, który zadecyduje o koniunkturze na giełdzie w dłuższym terminie, powinny być dane makroekonomiczne, wskazujące tempo przyszłego wzrostu w USA i Europie Zachodniej. Wydaje się wątpliwe, czy wzrost gospodarczy na trwałe powróci do wysokiego poziomu z lat 1996-1999. Tymczasem wycena akcji zdaje się już dyskontować taki właśnie rozwój sytuacji - średniej przemysłowej Dow Jones brakuje do szczytu ze stycznia 2000 r. niespełna 11%.
Zwróć uwagę na: