Wielokrotnie rozmawiając o rynku, czułem się jak Don Kichot. Bowiem ci, którzy powinni walczyć do upadłego o przetrwanie rynku i giełdy, zachowywali się tak, jakby postawili już krzyżyk na GPW. - Rynek permanentnie zamiera - przyznaje jeden z VIP-ów rynku. - Hutnictwo, górnictwo, rolnictwo - to jest ważne. Chyba nie sądzi Pan, że się teraz zajmiemy giełdą? - pyta zaczepnie jeden z polityków.
- W pewnym momencie został popełniony błąd. I teraz jest już za późno, by go naprawić - przekonuje z kolei osoba również przez wiele lat bardzo istotnie związana z rynkiem... W zderzeniu z takim podejściem, moje naiwne tezy o potrzebie ratowania rynku brzmiały niemal idiotycznie.
Wszystkich tych, którzy mają ewidentnie w nosie giełdę, łączy jedno - kompletne ignorowanie (świadome lub nie - nieważne, skutek jednaki) potencjalnej roli rynku kapitałowego w finansowaniu rozwoju firm i gospodarki. Brzmi uczenie, sztywno, górnolotnie? I co z tego? Ludzie, którzy w nosie mają giełdę i rynek, widzą nasz parkiet przez pryzmat budynku przy ul. Książęcej w Warszawie. Jako cel sam w sobie. Nie widzą, lub nie chcą widzieć, rynku i giełdy jako finansowego wehikułu. Fenomenu, który przez setki lat w rozwiniętych gospodarkach kojarzył kapitał z projektami biznesowymi. Zjawiska, które - w przedziwny sposób i mimo wszelkich wcześniejszych pozytywnych przesłanek - w Polsce jest zagrożone totalną marginalizacją. Choć kiedyś (a nie było to do licha sto lat temu!!!) wydawało się, że giełda może być czymś ważnym w naszym systemie gospodarczym. Skamieniałości z tego okresu w postaci miliona rachunków (w większości martwych lub pustych) świadczą o niewykorzystanym potencjale. I o tym, gdzie mogliśmy być, a nie jesteśmy. I możemy już nie być.
Na pewno w dużej mierze choroba ma źródło w tym samym zjawisku, które - paradoksalnie - było atutem w pierwszych latach istnienia. Rynek był tworzony pod potrzeby prywatyzacji. Ale w tej roli praktycznie już się skończył. Pochodną takiego rozumienia jego roli był fakt wykorzystywania giełdy do wychodzenia z inwestycji przez niektórych przedsiębiorców. Rozwój przez finansowanie z rynku publicznego? Cóż, ten - zdawałoby się sztandarowy cel istnienia rynku publicznego - jakoś się w Polsce nie zdążył zakorzenić. I wiele wskazuje na to, że może nie mieć już takiej szansy. Dominacja systemu bankowego jest tak oczywista, że aż przerażająca. Rynek i giełda wydają się być tratowane w jego kontekście jako ozdobnik. Bez praktycznego znaczenia.
A więc może faktycznie giełda w Warszawie, w postaci, jaką znamy, nie ma już większego sensu i trzeba ją zaorać zanim straci jakąkolwiek wartość. Oddać pole platformom ponadnarodowym. A mniejszym spółkom pokazać drzwi i odesłać do banków, zadowolonych zresztą z takiego rozwoju sytuacji... Budynek na Książęcej przeznaczyć zaś na kolejny świecący recesyjnymi pustkami biurowiec.